Polecam

Sio Natural i Sio żel po ukąszeniu - dwa produkty niezbędne na letnie wycieczki

Sio Natural i Sio żel po ukąszeniu - dwa produkty niezbędne na letnie wycieczki

Hej!

Z czym kojarzy wam się lato? Mi zdecydowanie z wakacjami, ciepłymi i długimi dniami, z czasem spędzonym ze znajomymi nad morzem, jeziorem, w lesie.. ah! Jednak są rzeczy o których nie warto zapominać w takich momentach, a jedną z nich jest na pewno ochrona przed insektami. Bo kto z nas nie wracał z weekendowego wyjazdu cały w bąblach choć raz? :)



W te wakacje towarzyszy mi, mojej rodzinie i przyjaciołom duet Sio, który zdążyłam już porządnie przetestować. Tak naprawdę to się z tą dwójką nie rozstaje ostatnio i ciągle trzymam te produkty w torebce, bo zajmują niewiele miejsca. Były już ze mną w lesie, na spacerze w parku, na grillu, na imprezie w plenerze i nad morzem :) Sprayem pryskałam siebie, przyjaciółki, siostrę, rodziców.. a żel pożyczała ode mnie przyjaciółka. Oczywiście każdy kto produktu użył musiał wyrazić mi swoją opinię. :)

Sio natural


Może i sam design nie zachwyca, ale butelka jest bardzo praktyczna! Przede wszystkim jest dość płaska, a na środku ma wcięcie, dzięki czemu naprawdę wygodnie się ją trzyma. Jest też bezproblemowa w przechowaniu, bo zmieści się nawet w małej torebce czy plecaczku dziecka.


Aplikator rozpyla ładną, sporą mgiełkę, dzięki czemu nie jesteśmy opluci płynem.. :D Działa sprawnie, ani razu nie zdarzyło mi się, żeby się zaciął.
Zapach, który towarzyszy aplikacji jest dość świeży, jakby cytrusowy i dość mocny. Ulatnia się na szczęście bardzo szybko, a sam produkt można stosować już u dzieci od 1wszego miesiąca.


Preparat chroni nie tylko przed kleszczami i komarami, ale również przed mrówkami, meszkami i osami! Dzięki olejkom eterycznym posiada zapach nieprzyjemny dla owadów, a przy tym jest łagodny i nie zawiera substancji biobójczych ( jeśli nie wiecie co to - polecam wygooglować!). Spray stosujemy bezpośrednio na skórę , szczególnie na odkryte części ciała.


W składzie znajdziemy pantenol, i dzięki niemu skóra po użyciu tego preparatu faktycznie nie jest przesuszona. Co mnie pozytywnie zaskoczyło to również fakt, ze się po nim nie kleje i nie świecę, a skóra jest przyjemna w dotyku. Działa również ochronnie, bo z żadnej z imprez czy wypadów nie wróciłam z bąblami, pytałam też znajomych i rodziców - u nich również nic, lub pojedyncze ugryzienia.

Preparat kosztuje mniej niż 10zł, można złapać go w aptekach lub na stronie producenta(klik)  (z kodem ''kosmetykowyzawrotglowy'' jest 10% taniej i..obowiązuje na wszystko :D)

Sio żel po ukąszeniu 


Może i sam wygląd opakowania nie zachwyca, ale jest ono jednym z najbardziej przemyślanych jakie znam. Po pierwsze, jest małe - mieści się nawet w kieszeni spodni. Jest ono wykonane z materiału, który można nacisnąć, ale nie zgniecie się nawet na dnie torebki.

 
A po drugie - ten aplikator! Ile razy zdarzało wam się wylać 1/3 opakowania żelu na jedno ukąszenie? Bo mi zdecydowanie wieeele razy.  Dzięki tej końcówce żel nakładamy bezpośrednio na ugryzione miejsce i nie ma mowy o nałożeniu za dużo.


Żel łagodzi miejsce ukąszenia, ponieważ zawiera mentol, wyciąg z rumianku i pantenol. Przynosi szybką ulgę, ponieważ chłodzi i zmniejsza uczucie swędzenia i pieczenia. :) Efekt jest naprawdę przyjemny i można choć na chwilę zapomnieć o swędzących bąblach. Oczywiście ulga nie utrzymuje się wiecznie, ale na jakiś czas jest spokój! Mam też wrażenie, że ukąszenia szybciej znikają, albo ja ich po prostu po tym żelu nie rozdrapuje.. :)

Żel kosztuje 7zł i można go kupić na pewno na stronie Ziołoleku (klik) - > ze zniżką na ''kosmetykowyzawrotglowy''


Sama szukam często czegoś tańszego na komary, co działa i jest łatwo dostępne! :) Te preparaty zdecydowanie zdały u mnie test i psikałam się  sprayem nawet podczas robienia tych zdjęć. Na szczęście po powrocie do domu nie musiałam używać żelu! :D 

Dajcie mi znać czego wy zazwyczaj używacie!

Zdjęcia wykonała moja przyjaciółka <3
Wpis powstał we współpracy z marką Ziołolek, ale nie miało to wpływu na moją opinię. 

Buziaki
Oktawia
Pod lupą : maseczki na tkaninie Selfie project

Pod lupą : maseczki na tkaninie Selfie project

 Hej!

Wiele razy wspominałam wam, że nie jestem fanką masek w płachcie, ale staram się je testować. Muszę przyznać, że ostatnio sięgam po nie coraz częściej i zaczęłam je nawet doceniać! Tym razem mam dla was recenzję czterech zwierzaczków w płachcie, a każdy z nich ma inne zadanie do wykonania. :)





Maska wygładzająca #wildtiger



Tygrys wyglądał mega uroczo, co mogłyście oglądać w mojej relacji na instagramie.
Efekty na cerze są podobne do tych, które opisuje producent. Skóra jest wygładzona, napięta, a niedoskonałości uciszone. Buzia wygląda promiennie, koloryt jest wyrównany, a pory mnie widoczne. Nie zauważyłam niestety tego nawilżenia, choć nie ma tu mowy o ściągnięciu. Chwilę po zdjęciu płachty czułam lekkie szczypanie nad ustami, ale nie było to nic niepokojącego i ustało dość szybko. Skóra nie była oblepiona, nie wzmożyło się świecenie, ani nie pojawiły się niedoskonałości czy podrażnienie.
Oceniam ją tak na 8 w skali do 10. Mogłaby ciut mocniej nawilżyć, czy odżywić skórę, ale ogółem z efektu jestem bardzo zadowolona. Widzę to wygładzenie, wyciszenie i ukojenie. Myślę, że raczej polubią się z nią cery mieszne/tłuste, ale także suche, bo maska nie zadziałała agresywnie.

Maska łagodząca #CoolKoala



Nie wiem, czy w tym wzorku koali wyglądałam cool.. jednak te maski są mega urocze! Wiem, że to tylko taki dodatek i ważne, jak maska działa. Ja byłam nią przyjemnie zaskoczona. Praktycznie wszystkie obietnice producenta były spełnione :) Skóra po jej zdjęciu wyglądała mega promiennie, a koloryt był widocznie wyrównany. Zniknęły wszelkie zaczerwienienia i nawet niedoskonałości zrobiły się znacznie mniej widoczne. Nie potrzebowałam też już żadnego nawilżenia, bo buzia była miękka i delikatna. To maska idealna pod makijaż, bo wszystko koi i skóra wygląda po prostu.. lepiej! Moim zdaniem jest ona do każdego typu cery :)

Maska oczyszczająca #BravePanda


Uwielbiam pandy i wszystko co z nimi związane, więc nie ukrywam, że na tę maseczkę liczyłam najbardziej. Poza tym uwielbiam wszelkie oczyszczające produkty :) Niestety tutaj efekt mnie nie powalił.. Po zdjęciu maski buzia była jakoś tam oczyszczona, może trochę zmatowiona, ale nic wow. To raczej opcja dla osób, które poszukują lekkiego oczyszczenia. :) Na plus mogę jednak zaliczyć to, że skóra przez cały dzień faktycznie jakby mniej się wyświecała i była nawilżona, a makijaż wyglądał na niej naprawdę dobrze. Niestety trochę szczypała mnie też od tej maski twarz i choć nie była zaczerwieniona, to ten dyskomfort się utrzymywał po zdjęciu płachty.. Raczej do niej nie wrócę, w kwestii oczyszczenia wolę tradycyjne, zmywane maski!

Maska nawilżająca #LuckySeal


Foczka, chyba ze wszystkich czterech masek, najbardziej przypominała obrazek ze zdjęcia. Płachta wyglądała naprawdę uroczo, ale ten zachwyt trochę prysł, gdy ją nałożyłam.. Lekko szczypała mnie okolica jednego oka, choć nie miałam tam żadnej rany. Nie było to nic szczególnie uciążliwego, choć wolałabym nosić maseczkę przez 15 minut bez tego dyskomfortu :) Po zdjęciu płachty skóra faktycznie była nawilżona, jędrna i mięciutka! Wyglądała po prostu zdrowo, była rozświetlona. I choć efekt mi się podobał, to spodziewałam się większego nawilżenia, a to było porównywalne z tym po nałożeniu kremu na noc.


Każda płachta równomiernie się rozłożyła, miała fajnie wycięte otwory i w końcu nie była ani za mała, ani za duża! Podoba mi się też to, że nie są one przesadnie nasączona. Nie zrozumcie mnie źle - każda maska była cała oblepiona, ale po prostu z niej nie kapało i spokojnie mogłam ją nałożyć na twarz.
Zapach każdym przypadku był delikatny, ale bardzo przyjemny i zupełnie mi nie przeszkadzał. Po około 15 minutach zdejmowałam maskę, nie dając jej podeschnąć, a resztki wmasowałam w szyję i dekolt. Na pewno ogromnym plusem był dla mnie fakt, że się po tych maskach nie lepiłam, nie miałam uczucia brudnej skóry i spokojnie mogłam zrobić makijaż.



Maseczki kupiłam w Rossmannie na promocji 2+2. W cenie regularnej jedna kosztuje około 10 zł, ale naprawdę często są na nie promocje, więc warto polować! 

Co sądzicie o takich maseczkach? 
Znasz, lubisz zwierzaczki?

Buziaki
Oktawia 
Koreańska pielęgnacja w dziesięciu krokach po mojemu

Koreańska pielęgnacja w dziesięciu krokach po mojemu

Hej!

Gdy pojawiła się książka ,,Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji.'' Charlotte Cho blogosfera oszalała! Wszędzie czytałam o dziesięciu krokach, słuchałam o dokładnym demakijażu, a na instagramie oglądałam zdjęcia książki. Wszystko to mnie ciekawiło i wiedziałam, że w końcu i ja przetestuję jak moja skóra zareaguje na tak rozbudowaną pielęgnacje.


Za sprawą książki wcale nie oszalałam na punkcie koreańskich kosmetyków, ba! Przy dziesięciu krokach korzystałam z tego co mam. Chciałam przetestować głównie samą pielęgnację, a nie konkretne produkty. Nie chciałam też eksperymentować aż nadto, bo moja cera łatwo się zapycha i przy zmianie wszystkich kosmetyków ciężko byłoby mi zweryfikować który konkretnie zawinił.
Aktualnie minęły trzy tygodnie z dziesięcioma krokami i widzę różnicę.Ważna jest tutaj systematyczność i kolejność!

rysunek z książki Charlotte Cho
1 i 2 Demakijaż i olejek myjący + kosmetyk na bazie wody


Przyznaje, że tego kroku obawiałam się najbardziej. W moim przypadku oczyszczanie buzi dwa razy dziennie powodowało jeszcze większe przetłuszczanie się strefy T.. Teraz nic takiego się nie dzieje, a nawet wydzielanie sebum się ograniczyło.
Robiąc demakijaż wieczorem zazwyczaj najpierw przemywam twarz płynem micelarnym, tak aby wszystko wstępnie zmyć. Następnie na wilgotną buzię(na suchej potrzebuję więcej produktu i ciężej się on rozprowadza) nakładam olejek i masuję przez chwilę. Wszystko nim rozpuszczam, a następnie zmywam go żelem.
Rano używam tylko olejku i żelu.


Ten krok jest bardzo ważny i nie należy go nigdy pomijać. Dzięki niemu usuwamy wszelkie zanieczyszczenia i warto pamiętać, że oprócz makijażu na skórze osiada się pył, bakterie z rąk czy poduszki i sebum. Buzię żelem myję od dawna, ale dopiero po takim porządnym oczyszczaniu widzę różnicę, bo wągry zredukowały mi się o mniej więcej połowę, są mniej widoczne i bardzo rzadko wyskakuje mi coś nowego.
(Tak naprawdę są to dwa kroki, ale samo mycie buzi jest dla mnie jednym krokiem :D)

3. Peeling



Peeling ma za zadanie głównie złuszczyć martwy naskórek. Warto ten krok robić regularnie, jednak dopasowując częstotliwość i rodzaj pod swój typ cery. Ja najbardziej lubię peelingi mechaniczne, z drobinkami, ale ostatnio testuję enzymatyczny z Tołpy - jest delikatniejszy i wykonuję go dwa razy, a nie raz, w tygodniu.

4. Tonik



Tonizowanie to chyba najczęściej pomijany krok, a jest niezwykle istotny w pielęgnacji. Tonik wyrównuje pH, odświeża i koi. Ja lubię w tym celu stosować hydrolaty - są naturalne, a najczęściej są w butelka z atomizerem, więc ten krok jest dodatkowo przyjemny. Jeśli jednak stosuję ''zwykły'' tonik to unikam alkoholu (oprócz tych nawilżających :)) w składzie i wylewam go na dłoń, a nie na wacik.
Twarz tonizuję rano i wieczorem. 

5. Esencja


Choć ich wybór stale się powiększa, na naszym rynku nie ma zbyt wiele esencji. Są to kosmetyki o skoncentrowanej formule, które zawierają aktywne czynniki. To taki dodatkowy kop dla skóry :) Ja nie mam doświadczenia z esencjami, ale ta od Miya świetnie mi się sprawdza i bardzo podoba mi się jej forma - atomizer to dla mnie zawsze plus :D
Esencji używam rano i wieczorem. 

6. Serum


Serum to kosmetyk, który ma wysokie stężenie składników aktywnych. Działa intensywnie, jest skoncentrowanie bardziej od kremu, ale ma lżejszą konsystencję. Dopasowuje się je pod konkretne problemy (wyrównanie kolorytu, nawilżenie..) i używa pod krem. To równie często pomijany krok, bo sera są stosunkowo drogie, ale warto pamiętać, że stosujemy je w niewielkiej ilości :)
Serum stosuję codziennie wieczorem, aktualnie w użyciu mam trzy różne.

7. Maseczka w płachcie


Wiele osób doceniło maseczki w płachcie, bo wystarczy je nałożyć i zdjąć po kilkunastu minutach - bez zmywania, brudzenia. :D Ja nie jestem ich fanką, bo wiele z masek które testowałam zostawiało moją skórę lepiącą. Wybór na rynku jest aktualnie ogromny, każdy znajdzie coś dla siebie. Ja po taką maseczkę sięgam z 2 razy w tygodniu, kierując się tym czego moja skóra w danym momencie potrzebuje.

8. Krem pod oczy


Akurat o kremie pod oczy od dawna nie mogę zapominać, bo mam tam cienką i szybko wysychającą skórę. Kremów używam dwa razy dziennie, rano lekkiego pod makijaż (właśnie tego z Orientany), a wieczorem z Make me bio, cięższego.

9. Nawilżanie 


Krem jest tak naprawdę domknięciem wszystkich etapów - zatrzymuje nawilżenie i tworzy ochronną warstwę. Warto wybrać nie tylko krem pod potrzeby naszej cery, ale również dopasować sobie konsystencje. Moja tłusta cera nie lubi się z mocno treściwymi konsystencjami i nawet po jednej nocy z takim kremem na buzi mam nowych przyjaciół :) Ostatnio pokochałam serie tumeric z Orientany, na noc używam wersji Rich, a na dzień hydrokuracji, która jest na bazie aloesu (ideał pod makijaż)
Zamiast kremu raz w tygodniu stosowałam maseczkę całonocną - najczęściej kokosową ze Skinfood lub koktajl nawilżający z Nacomi.

10. SPF

I tu.. nie mam nawet zdjęcia. Używam kremu z filtrem (aktualnie Iwostin purritin), ale nie na co dzień, a jedynie gdy wiem, że będę więcej przebywać na zewnątrz. Wiem jak ważna jest ochrona przed słońcem, a w książce jest to podkreślane co chwila! Może z czasem wyrobię sobie nawyk nakładania dodatkowo kremu codziennie ;)


Po tych trzech tygodniach skóra wygląda lepiej. Przede wszystkim ograniczyło się przetłuszczanie i ilość wągrów, nie powstają też niedoskonałości, a jeśli się pojawią - goją się dwa razy szybciej. Cera jest promienna, bardziej nawilżona, a koloryt się wyrównał (zapewne to sprawka serum :D) Mam też wrażenie, że skóra jest jędrniejsza i miękka w dotyku. Ostatnio chętniej też chodzę bez makijażu, bo mimo że nie mam idealnej cery - wygląda ona naprawdę dobrze na co dzień.

Nie zamierzam skończyć mojej przygody z dziesięcioma krokami po tych trzech tygodniach. Tak naprawdę aktualnie pielęgnacja sprawia mi niesamowitą przyjemność i jest moją poranną i wieczorną chwilą relaksu, gdy myślę tylko o tym co nałożyć jako następne. Tak naprawdę nie trzeba się trzymać tych kroków, aż tak, bo jeśli macie ochotę na maskę 4 razy w tygodniu, a wasza skóra tego potrzebuje to.. czemu nie? :) 

Jestem ciekawa co wy sądzicie o tych dziesięciu krokach. Próbowałyście? Jak wam się sprawdza tak rozbudowana pielęgnacja?

Buziaki
Oktawia


Denko i nowości - czerwiec 2018!

Denko i nowości - czerwiec 2018!

Hej!

Miałam wrócić, pisać regularnie i co? Zniknęłam.. Myślałam, że podczas całej tej gonitwy zwanej sesją będę miała trochę czasu na chill przed komputerem, a pisanie postów miało być odskocznią. Cóż, trochę się przeliczyłam, a że egzaminów miałam dużo i w krótkim czasie, musiałam się do nich naprawdę przyłożyć. Na szczęście rok akademicki i sesja już za mną. W końcu mogę skupić się na rzeczach, które lubię! Zaczynam od postu łączonego, dotąd pojawiało się osobno denko, osobno nowości. Z braku czasu jednak na początku lipca zapraszam was na taką hybrydę :) 


Denko


Orientana, bogaty krem z kurkumą


Kocham ten krem, naprawdę! Mam na szczęście drugi w zapasie, a ten przecięłam i wybieram z niego resztki. Jeśli szukacie nawilżenia, a przy tym macie cerę problematyczną.. odsyłam do tego wpisu - > klik


Miya, mybeautyessence wersja kokosowa


Cieszę się, że jej spróbowałam! Dodaje nawilżenia i odświeża, a przy tym przepięknie pachnie kokosem. Jej działanie na tyle mi się spodobało, że kupiłam sobie teraz wersję kwiatową :) Jej recenzja tutaj - > klik


Facelle, płyn do higieny intymnej wersja sensitive 


Kupiłam go na wyjazd, ma super skład i jest wielofunkcyjny - jakbym zapomniała innych produktów to spokojnie umyję nim włosy, całe ciało i buzie :)

Douglas, maska do włosów i Blend it! gąbka do makijażu


O tej masce nie pisałam nigdzie, bo wystarczyła mi może na 3-4 użycia. Włosy ładnie wygładzała i wyglądały całkiem ok, ale to nie było nic szczególnego.
Za to gąbkę blend it! uwielbiam, to moja druga albo trzecia sztuka. Niestety ta zrobiła się już twarda i  ciężko się ją wypłukiwało , dlatego musiałam się z nią pożegnać. Na pewno jednak do niej wrócę.

Garnier, płyn micelarny






Produkt kultowy, a to moja pierwsza zużyta butelka. Naprawdę bardzo fajny micel,radził sobie z każdym makijażem i nie podrażniał oczu :)

Douglas, żel pod prysznic i MDM, peeling śliwka


Żel pochodzi z jakiejś świątecznej kolekcji, dostałam kilka takich minisów jako zestaw! Fajna, lekko glutowata konsystencja i baaardzo przyjemny zapach. Nie było to jednak coś wow, jednak zużyje z chęcią inne wersje zapachowe.
W tle widać opakowanie po peelingu śliwkowym z Ministerstwa Dobrego Mydła, niestety zdjęcie z bliska nie wchodziło w grę.. Peeling świetny, choć ciut za sypki. Wrócę do niego na pewno, bo ten zapach i skóra po jego użyciu to coś cudownego <3 Więcej o nim tutaj - >klik


Selfie project, maska na tkaninie Koala i Tygrys


Bardzo fajne i ciekawie wyglądające maseczki! Niedługo pojawi się recenzja wszystkich dostępnych z tej serii masek :D

Marion, zabieg laminowania


Taka niepozorna saszetka, a efekt naprawdę niczego sobie! Temu zabiegowi poświęciłam osobny wpis, także zapraszam - >klik W poście jest również zdjęcie włosów, więc same możecie ocenić efekt!

Nowości


Zamówienie z drogerii Pigment 


Złożyłam je głównie ze względu na podkład Lumene, który przez jeden dzień był objęty sporym rabatem!  Przy okazji skusiłam się na pastę do zębów ecodenta (jest naprawdę czarna!), której miałam kiedyś miniaturę i była świetna. Kończyła mi się również wtedy esencjia z Miya, więc wzięłam wersje kwiatowa. Brakowało mi niewiele do darmowej wysyłki, więc wrzuciłam do koszyka też hydrolat różany.

Lirene, skarpetki regenerujące i Efektima, nawilżająca maska do stóp w skarpetkach


To efekt promocji w Rossmannie na pielęgnację stóp i depilację. Maszynek pokazywać nie będę, za to jedne ze skarpetek opisałam już na instagramie - > klik , a konkretniej te z Lirene :)

Trico botanica, produkty do włosów


Dostałam taką trójkę do testów i pierwsze co wam powiem to.. ten zapach! :) już używam maski i to będzie hit, a olejek jest cudowny! Na swoją kolej czeka jedynie szampon :D

Bielenda,  masło do ciała wanilia i pistacja i produkty Eos


To prezenty, które bardzo chętnie sobie przetestuję! Jajeczka Eos dobrze znam, ale kremu do rąk nie miałam okazji używać. Tego masła też nie znam, ale liczę że pięknie pachnie. Czeka aktualnie na testy, bo mam otwarte kilka innych balsamów. :)

Dermika, maseczka nasycenie i tajemnica młodości


Dawno nie używałam takich produktów, a patrząc na skład jestem miło zaskoczona! Na pewno sobie je chętnie przetestuję i dam wam o nich zdać na instagramie. 

Tami, bawełniane ręczniczki


Wróciłam do nich, bo.. uwielbiam je! Naprawdę nie ma nic lepszego do zmywania maseczek i wycierania buzi, a szczególnie w tej cenie :)


To tyle! Nie ma ani za dużo śmieci, ani za wiele nowości. Dajcie znać co znacie, a może coś was zainteresowało? 
Jeśli podoba wam się taka forma postu, denko i nowości razem, to koniecznie mi napiszcie. Nie wiem czy się nie przerzucić na jeden taki wpis :)

Buziaki
Oktawia
Pod lupą : produkty do ust Selfie Project

Pod lupą : produkty do ust Selfie Project

Hej!

Jak jesteście ze mną dłużej to zapewne wiecie, że moje usta są wiecznie suche. Z tego powodu najczęściej rezygnuję ze szminek na rzecz błyszczyków czy pomadek ochronnych :) Ostatnio intensywnie testowałam nowości do ust marki Selfie Project i zapraszam was na ich recenzje!



1. Cukrowy peeling do ust #SugarKiss


Peeling do ust to kosmetyk, który zawsze mam gdzieś w szafce. Używałam już naprawdę wielu i mam ulubieńca w tej kategorii. :) Peeling od Selfie project jest zamknięty w słoiczku i dla mnie to minus.. trzeba w nim grzebać, można wyciągnąć za mało/za dużo, a cukier lubi wchodzić pod paznokcie.Do tego ma naprawdę mocno zbitą konsystencję, co nie ułatwia jego wydobycia, ale za to wpływa na wydajność :D potrzeba naprawdę niewiele, bo produkt się lekko rozpuszcza pod wpływem ciepła warg i pocierania.


Drobinki cukru są spore i dość ostre, chyba jednak wolałabym, żeby były ciut mniejsze - łatwiej byłoby nad nimi zapanować i zostawałyby tylko w obrębie ust. Po użyciu peelingu zostaje oblepiająca warstwa, więc raczej odpada użycie pomadki bez wycierania ust.
Efekt wygładzenia i nawilżenia utrzymuje się naprawdę długo - po wykonaniu peelingu wieczorem, rano usta wyglądają świetnie i nie ma żadnej suchej skórki! Niestety.. w składzie na samym początku jest parafina, co nie do końca mi się podoba. W końcu to co na wargach się zjada. Szkoda też, że malina jest tylko w nazwie, bo zupełnie nie czuje tu malinowego zapachu.

Skład : Paraffinum Liquidum, Ethylhexyl Palmitate, Ozokerite, Sucrose, Tridecyl Trimelliate, CI 15850, CI 77742, Copernicia Cerifera Cera, Silica Dimethyl Silylate, Juglans Regia Shell powder, Ptunus Amygdalus Dulcis Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Parfum, Citral, Aplha-Isomethyl Ionone.

I choć sama parafina nie jest niczym ''złym'' ja jednak wolałabym skład bez niej. Wtedy to bym się nawet do niczego nie przyczepiła! :) Niemniej jednak wygładzenie jest super, a właśnie parafina tworzy warstwę która ''trzyma'' w wargach to nawilżenie - dlatego jest to długotrwałe. Mimo minusów dość często sięgam po ten peeling, bo podoba mi się jego działanie.
Cena: 14zł /6g 

2. Odżywczy balsam do ust #mojitomint


Opakowanie na pewno kupuje nie tylko mnie - uwielbiam francuskie makaroniki! Lubię też takie gadżeciarskie opakowania mieć w torebce, często wtedy dostaję pytania w stylu 'ooo ale fajne co to i skąd masz?' :D a w tym uroczym makaroniku kryje się balsam do ust i.. niestety trzeba w nim grzebać. Konsystencje ma bardzo zbitą, ale potrzeba niewiele i rozpuszcza się od razu po wpływem ciepła. Balsam pachnie tak orzeźwiająco, faktycznie jakby miętą :) Niestety tak jak w przypadku peelingu, na ustach zostawia tłustą warstwę.


Niestety ten produkt niewiele dobrego robi na moich ustach. Poza tą warstwą ochronną praktycznie nie odżywia i po niedługim czasie usta są w podobnej kondycji co przed nałożeniem tego gagatka.Musiałabym go dokładać dosłownie co godzinę, żeby usta wyglądały ciągle ''dobrze'' :)

Skład :  Paraffinum Liquidum, Ozokerite, Ethylhexyl Palmitate, Tridecyl Trimelliate, Polyisobutylene, Isononyl Isononanoate, hydrogenated Microcrystalline Wax, Cl 42090, Cl77492, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Parfum, Benzyl Salicylate, Eugenol, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

Czy jest to zły kosmetyk? Nie, ale raczej przeciętny. Fajny gadżet dla nastolatki lub kogoś, kto potrzebuje od czasu do czasu nałożyć coś na usta.
Cena : 14zł/8g

3. Malinowy olejek do ust #PocketHero


Ostatnio uwielbiam wszelkie olejki do ust! Podoba mi się ten błyszczący, ale zupełnie nie tandetny, efekt. Poza tym takie olejki delikatnie podkreślają usta pielęgnując je - czy jest coś lepszego dla osoby z wiecznie przesuszonymi wargami? :D Ten olejek mnie od razu oczarował. Pachnie naprawdę malinowo, ale tak.. jak malinowa oranżada. Konsystencja jest żelowa, ale przy tym lekko lejąca, więc wystarczy dosłownie raz przejechać aplikatorem i mamy usta pomalowane. Według mnie jedynie aplikator mógłby nabierać ciut więcej produktu, ale po prostu moje usta wszystko wpijają i lubię nałożyć sobie więcej!


Olejek naprawdę wytrzymuje na moich ustach dłużej niż 10 minut, dając piękny blask, podkreślając kolor i lekko odżywiając. Bardzo podoba mi się ten efekt, a fakt że dodatkowo usta są wygładzone i nawilżone niezwykle mnie cieszy :D Śmiało mogę porównać ten olejek do tego z Clarins (a mam je dwa) - utrzymują się na ustach tyle samo i dają taki sam efekt. :)

Skład : Triisostearin, Tridecyl Trimellitate, Diisostearyl Malate, Polyisobutylene, CI 15850, Cl 77742, Simmondsia Chinensis Seed oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Neotame, Glyceryl behenate/Eicosadioate, Phenoxyethanol, Parfum, Citral, Alpha-Isomethyl Ionone.

Tutaj już nie ma tej nieszczęsnej parafiny, nie ma też tej oblepiającej warstwy. Po prostu po jakimś czasie po olejku nie ma śladu, usta się nie przesuszają, a włosy się do niego nie lepią :) Z całej trójki to mój ulubieniec i sięgam po ten produkt codziennie.
Cena : 15zł / 6g

Co najbardziej wam przypadło z tej trójki do gustu? A może któryś z tych produktów już znacie?

Buziaki
Oktawia
Marion, zabieg laminowania - hit czy kit?

Marion, zabieg laminowania - hit czy kit?

Hej!

Dawno nie było nic włosowego, choć właściwie nie wiem czemu, bo często o włosy mnie pytacie. Poza typowym myciem, olejowaniem i używaniem odżywek lubię czasami przetestować coś ciekawego. Te niepozorne saszetki czekały w zapasach dość długo, ale w końcu się zebrałam i zapraszam was na recenzję. Jak myślicie - jest wow, czy meh? :)




Zabieg laminowania włosów nie jest niczym odkrywczym i można go łatwo przygotować samemu w domu z żelatyny, a ja sięgnęłam po gotową opcję. Sam zabieg ma zadanie sprawić, że włosy będą mocno wygładzone, błyszczące i bardziej sypkie. Efekty są natychmiastowe, bo włos zostaje otulony warstwą ochronną, a łuski są zamknięte na całej długości. Dlatego polecany jest on również dla włosów zniszczonych. Ze względu na proteiny warto takie zabiegi robić nie częściej niż co kilka myć. Jeśli chcecie poczytać więcej o samym laminowaniu w domowym zaciszu to świetnie opisała to Anwen (klik) oraz Gosia z Porady Herrbaty (klik)



Ale czy Marion, zabieg laminowania jest faktycznie.. laminowaniem włosów? Nie do końca. Oprócz żelatyny, która jest na trzecim miejscu, są silikony, różne proteiny, nawilżacze i nawet olej!

Skład : Aqua, Cetyl Alcohol, Gelatin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Glycerin, Isopropyl Myristate, Cetrimonium Chloride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Hydrolazed Wheat Protein/Pvp Crosspolymer, Trimethylsilyamodimethicone, C11-15 Pareth-5, C11-15 Pareth-9, Cyclopentasiloxane, Amodimethicone, Dimethiconol, Hydrolyzed Keratin, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Pentylene Glycol, Glycerin, Fructose, Urea, Maltose, Sodium PCA, Trehalose, Allantoin, Sodium Chloride, Sodium Lactate, Sodium Hyaluronate, Glucose, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Methylparaben, Propylparaben, Methylisothiazolinone, Citric Acid, Triethanolamine, Sodium Hydroxide, Hexyl Cinnamal, Buthylphenyl Methylpropional, Linalool



 Zaklasyfikowałabym więc saszetki bardziej jako maskę i podobnie do maski się jej używa.
Żeby wykonać zabieg najpierw należy umyć skórę głowy (ja zrobiłam to szamponem Organic Shop malina i acai, myłam dwukrotnie) i włosy osuszyć ręcznikiem. Producent zaleca je następnie przeczesać i choć od dawna nie czeszę włosów na mokro to faktycznie nie pominęłam tego kroku, ale.. pamiętajcie też o porządnym przeczesaniu włosów przed samym myciem!


Na raz użyłam jednej saszetki (choć przy włosach gęstych, grubych oraz opornych zaleca się użyć dwóch). Rozcięłam róg, wyciskałam po trochę i delikatnie nakładałam na włosy. Wszystko następnie spięłam bardzo delikatnie (włosy by mi inaczej wypadły) i włożyłam pod czepek(jest dołączony do saszetek) na około 10 minut. Po tym czasie maskę porządnie wypłukałam i nie nakładałam już nic dodatkowo. Włosy trzeba wysuszyć, aby wszystko nam się domknęło.
Bezpośrednio po suszeniu włosy mi odstawały i choć były błyszczące, to na pewno nie wygładzone.. Jednak gdy już wyschły w 100% wyglądały znacznie lepiej, ale wciąż nie idealnie!

zdjęcie robione w pełnym słońcu, nieprzerabiane


Myślę, że na zdjęciu widać blask i wygładzenie, a przy tym włosy nie są proste jak druty. Końce mi się odrobinę spuszyły, ale po takiej bombie proteinowej oczekiwałam mega puchu - więc jednak jest wow! Włosy są miękkie, dociążone, mega błyszczące, sypkie i wygładzone.
Nie jest to zabieg, który można sobie robić codziennie. Producent zaleca co 3-4mycia, ale moim zdaniem to po prostu kwestia indywidualna i zależy to od tego, czego akurat wasze włosy potrzebują. ;) ok, ok.. czyli dla kogo taki zabieg? Spróbować go można na każdych włosach!

włosy zawinęły się od wiatru i przeczesania ręką. zdjęcie rownież nieprzerabiane, tutaj widać trochę puch


Naprawdę efekt mi się bardzo podoba i z chęcią będę go sobie powtarzać raz na jakiś czas. Tym bardziej, że taki zabieg kosztuje około 2,50 zł i można go złapać nawet w marketach! A przypomnę tylko, że dla większości taki zabieg jest na dwa razy.. :)

Co sądzicie? Korzystałyście już z tego zabiegu? :D
Jest jeszcze jedna wersja i na pewno ją sobie też przetestuję!

Buziaki
Oktawia 
Nowości maja! Boscia, Selfie Project, Biofficina Toscana..

Nowości maja! Boscia, Selfie Project, Biofficina Toscana..

Hej!

Co prawda mamy już czerwiec, a nowości u mnie pojawiają się zazwyczaj pod koniec miesiąca, ale.. maj był dla mnie intensywny. Choć czerwiec nie będzie łatwiejszy to mam nadzieję, że znajdę trochę czasu na bloga. Bardzo chciałabym znów pisać (w miarę) regularnie. :) W maju czekałam na jeszcze dwie paczki, które do mnie nie dotarły, więc wszystko zobaczycie dopiero w czerwcowych nowościach, ale.. i tak nie ma tego aż tak mało.. :D



Vianek, normalizująca maseczka do twarzy


Już ją kiedyś miałam, a jej recenzja pojawiła się na insta. (klik) Była świetna, więc gdy trafiłam na nią stacjonarnie od razu ją kupiłam :)

Boscia, luminizing black mask


Dostałam tę maseczkę do zakupów i bardzo się cieszę! To ta kultowa czarna maseczka peel off, a że jej pojemność pozwala na kilkukrotne użycie to możecie spodziewać się recenzji :)

Kobo, paleta my favorite colors by Daniel Sobieśniewski


Ah.. jaka ona jest piękna! Tyle się na nią czaiłam, że gdy zobaczyłam ją stacjonarnie wiedziałam, że muszę ją kupić.


Paleta powstałam we współpracy z Danielem Sobieśniewskim. To jedyna moja paleta w takich czerwieniach/fioletach i na pewno nie jest ona podstawowa. :)


Orientana, bogaty krem z kurkumą


Świetny krem! To opakowanie na zapas, bo moja sztuka już się kończy. Pisałam jego pełną recenzję tutaj - >klik


Lirene,  algowa maska głębowo nawilżająca


Naczytałam sie o tych maskach sporo dobrego, a że przy okazji 2+2 na pielęgnacje w Rossmannie miałam w koszyku trzy maski.. to była idealna okazja na kupienie jej jako czwartej :D


Selfie project, dwie maski na tkaninie 


Dokupiłam dwie, bo dwie już mam! Będzie o nich cały wpis na blogu :) Są mega urocze i mam nadzieję, że to nie jedyna ich zaleta.

Zamówienie ze sklepu biofemina


Skorzystałam z akcji rabatowej w tym sklepie i sięgnęłam ponownie po maskę z Biofficina Toscana (klik do recenzji!). Chciałam też spróbować bardziej naturalnego dezodorantu i padło na kulkę z Biofficina Toscana, tej samej marki dostałam też balsam do ust (był jako gratis, bo nie było pomadki z Avril, którą wrzuciłam do koszyka). Kupiłam też tonik z Avril, bo żadnego akurat nie miałam! Dostałam też trochę próbek, a że marka Biofficina Toscana naprawdę mnie zachwyca to chętnie sobie potestuję ich produkty.

Sephora, algowa maska w płachcie 


Rabat -20% w Sephorze był ostatnio od konkretnej kwoty i brakowało mi dosłownie kilkunastu złotych. Dorzuciłam więc sobie taką maskę, wydaje mi się, że ta wersja to nowość!


Jak widzicie kupiłam sporo maseczek, bo były okazje i.. lubię testować wciąż inne maski! :D Cieszę się, że nie ma tych nowości aż tak dużo - to znaczy, że ograniczanie się idzie mi dobrze :)

Co z nowości znacie? a co was zaciekawiło?

Buziaki
Oktawia

Copyright © 2016 Kosmetykowy Zawrot Glowy , Blogger