Polecam

Less waste  : jak ograniczyć śmieci nie ograniczając siebie? 10 oczywistości, które mają znaczenie!

Less waste : jak ograniczyć śmieci nie ograniczając siebie? 10 oczywistości, które mają znaczenie!

Hej!

Sierpień jest u mnie pod znakiem less waste. W końcu odważyłam się wam pokazywać więcej w tej kwestii na instagramie! Staram się na co dzień was tam inspirować do małych zmian, które w ogóle nie wpłyną na waszą codzienność, a jeśli już - to na plus. Rozwiązania, które wam dzisiaj przedstawie to mogą być oczywistości.. a większość wynika z mojej potrzeby minimalizmu i niemarnowania, ale to także świetne sposoby na oszczędzanie. 

 


1. Piję przefiltrowaną wodę
Po pierwsze: dzbanek to jednorazowy wydatek plus co jakiś czas dokupuję kilka filtrów (klika, bo w wielopakach taniej, ale wymieniam co miesiąc!). Nie trzeba się martwić, że zabraknie Ci w domu wody czy biec tylko po to do sklepu. To mega wygoda, bo dodatkowo nie trzeba dźwigać zgrzewek.. Ja akurat piję wodę niegazowaną, ale widziałam że powstały urządzenia do robienia swoich bąbelków :D

2. Zawsze mam przy sobie siatkę na zakupy spożywcze
Po prostu noszę zawsze jakąś w torebce. Mam plastikowe torby w domu, których również używam wielokrotnie właśnie na zakupy. To kwestia przyzwyczajenia, ale najlepiej po prostu porozkładaj sobie do każdej torby po minimum jednej torbie! Zobaczysz jak szybko wyrobisz sobie nawyk. Oprócz tego nie wydaję pieniędzy na kupowanie wciąż nowych siatek, których nie mam gdzie chować.
Ja nie kupowałam specjalnych fajny toreb. Mam kilka materiałowych, które dostałam gdzieś do zakupów, jedną kupiłam w sieciówce. Na szczęście coraz więcej marketów też oferuje trwałe wielorazowe torby w dobrych cenach! To jednorazowy wydatek, który będzie Ci towarzyszył latami.

3. Planuję zakupy spożywcze
Jestem w tej kwestii dość zorganizowana. Planuję co będziemy jeść na obiady w danym tygodniu i spisuję każdy składnik, który będzie mi potrzebny. To co mam w domu oczywiście omijam, ale dzięki takiemu planowaniu po pierwsze zawsze wiem co ugotuję, po drugie nie kupuję nadmiaru i wchodzę po konkretne produkty, a po trzecie oszczędzam na głupotach. Oprócz obiadowych rzeczy kupuję taką podstawę, czyli to co jemy zazwyczaj typu mozarella, ser, jogurt itp :)
Przed napisaniem listy zakupów zaglądam też do szafek i lodówki, żeby nie kupić czegoś nad stan, bo w sklepie mi się będzie wydawało, że akurat tego nie ma.. :D

4. Jem sezonowo i planuję posiłki
Warzywa i owoce sezonowe są zazwyczaj najsmaczniejsze i często relatywnie tańsze. Plus często pochodzą z okolicy, jeśli kupuje się je na bazarku! Dzięki temu, że planuję posiłki wiem ile i czego kupić tak, aby nie wyrzucać. Np kupując pęczek młodej marchwi wiem, że nie zużyję go ''na raz'' więc gotuję zupę plus następnego dnia dodaję ją do pieczenia z innymi warzywami do obiadu. Kombinuję, testuję i analizuję!

5. Piję głównie wodę..
Właściwie mam tak od małego dzieciaka, ja po prostu lubię pić wodę. Samą, z cytryną i z miętą.. jej picie nie sprawia mi problemu. Oczywiście jak każdy lubię czasami napić się czegoś słodkiego typu sok czy cola, ale.. pomyślcie ile butelek czy kartonów wyrzuca się właśnie po takim piciu np tygodniowo!


6. .. a ''słodkie'' napoje robimy sami!
Tak naprawdę to mega proste, choć raczej nie będzie to w smaku przypominało kupnego, nasłodzonego napoju :D W wakacje uwielbiam zimną herbatę, robię ją w karafce i wstawiam do lodówki.

Tu tak naprawdę wszystko zależy od tego jaką herbatę lubicie, ja zazwyczaj robię tak:
- torebkę tekkane passion zalewam wrzątkiem w kubku, aż się porządnie zaparzy. To słodzę erytrolem, czasami dodaję miodu. 
-Do karafki wlewam wodę (tak, tę z dzbanka), dodaję cytrynę, czasami miętę.
- Gdy herbata ostygnie wlewam ją do karafki, mieszam i.. gotowe :D 

To trwa mniej więcej tyle, co ogółem zrobienie sobie herbaty. Zdarza mi się też robić kompoty czy wszelkie domowe soki, bo..

7. Kładę z mamą sezonowe rzeczy w słoiki 
Często trochę pracy odwdzięcza się tym, że zimą wystarczy jedynie odkręcić słoik. Nie robimy nic wymyślnego, głównie kładziemy ogórki na kiszone, owoce jak wiśnie czy czereśnia na kompot, maliny zasypane cukrem w małe słoiczki (dobre zimą na przeziębienie!), bezmięsne leczo (pomidory, papryka, pieczarki, cebula, cukinia) i dżemy. Jednak to też zależne jest od urodzaju, bo jeśli akurat w danym roku ''nie ma'' czegoś np malin to ich nie robimy :) Zazwyczaj wszelkie warzywa i owoce na przetwory kupujemy bezpośrednio w okolicy, z plantacji lub dostajemy z działek od znajomych. Wszystko kładziemy w słoiki po czymś, po prostu je chomikujemy gdy coś zużyjemy, a nie wyrzucamy i służą nam latami.

8. Wycieram buzię po myciu wielorazowym ręcznikiem 
Wprowadziłam to z około rok temu i nie wyobrażam sobie działać inaczej. Mając cerę problematyczną muszę szczególnie uważać na higienę, dlatego długo używałam ręczniczków Tami. Wciąż je uwielbiam, mam je w zapasie zawsze do zmywania np problematycznych maseczek, ale jedno opakowanie wystarcza mi teraz na kilka miesięcy! A takiego ręczniczka do twarzy używam kilka dni i po prostu wrzucam go do prania. Ja mam taki z froty zwykły i kilka z Ikei, które chyba przeznaczone są do rąk. Moim zdaniem nie trzeba kupować specjalnych ręczniczków do twarzy, chyba że macie naprawdę wrażliwą cerę i te materiały was drażnią.

9. Rzadko kupuję ubrania i pierdoły
Nie skłamię, jeśli powiem, że nie znoszę kupować nowych ciuchów.  Strasznie nie lubię też tych źle skrojonych i niemiłych w dotyku. Może to zabrzmi dziwnie, ale.. dla mnie ubranie musi w przymierzalni leżeć na mnie tak dobrze, że musi mi się podobać w 100%, muszę być też przekonana, ze z chęcią je niedługo nałożę. Nawet, jeśli jakaś bluzka czy sukienka mi się bardzo podoba, ale na mnie leży tak sobie - nie kupię jej. Dlatego też rzadko kupuję na wyprzedażach. :) Staram się też, aby ubrania były bez poliestru, ale szczerze nie znam się na materiałach i nie będę tutaj filozofować.
To samo tyczy się u mnie każdej części garderoby - butów, czapek, kurtek czy nawet pasków. Często wszystko noszę latami!
Oczywiście, że mam czasem tak, że wchodzę do sklepu i coś podoba mi się tak, że po prostu muszę to mieć! Ale.. zazwyczaj są to bardzo praktyczne rzeczy. Takie, których i tak potrzebuję. Kupiłam np koc, bo podobał mi się kolor i był przyjemny w dotyku. Nie planowałam tego zakupu, ale.. w domu miałam poza nim tylko jeden koc, więc oba są w użyciu. To tyczy się każdej dziedziny! Nie lubię wyrzucać rzeczy, które są dobre i mogą mi spokojnie służyć i dlatego też nie kupuję sobie np 10 obrusów, torebek, szalików czy pasków, bo wystarczą mi 2 -3 :)

10. Segreguję śmieci 
Myślę, że aktualnie już wszędzie są rozdzielne pojemniki. Wyrzucam osobno szkło i papiery, a że robię to odkąd pamiętam to zupełnie nie wpływa to na moją codzienność. Po prostu butelki szklane odstawiam w innym miejscu i wychodząc z domu idę je wyrzucić. Nie mam miejsca na więcej niż jeden kosz, a.. jak widać i tak się da :)


Mam nadzieję, że znajdziecie to inspirację do małych zmian w swojej codzienności! Zachęcam do podzielenia się nimi na instagramie :) 

Buziaki
Oktawia

Kompendium włosowe : czy pielęgnacja włosów musi być droga, żeby była skuteczna? O budżetowej pielęgnacji PEH.

Kompendium włosowe : czy pielęgnacja włosów musi być droga, żeby była skuteczna? O budżetowej pielęgnacji PEH.

Hej!

Wiem, że na ten wpis czekałyście. W końcu podzielę się z wami moimi spostrzeżeniami, i, mam nadzieję, że w prosty sposób, wytłumaczę jak samemu dobrać sobie pielęgnację włosów! Chcę wam również udowodnić, że wcale nie musicie inwestować ogromnych sum i że warto zdecydować się na przemyślane zakupy!



 

Zacznijmy jednak od totalnych postaw!
Są one potrzebne, żeby zrozumieć i dobrze dobrać pielęgnację. Czym jest równowaga PEH? To :

Proteiny - one wchodzą we włos, w uszkodzone miejsca i uzupełniają je. Dzięki temu włos się dalej nie niszczy, a wszelkie ubytki są zaklejone. Proteiny możemy podzielić na te wegańskie, pochodzenia roślinnego np z pszenicy czy soi, lub pochodzenia zwierzęcego jak jedwab, kolagen czy proteiny mleka. Wiele osób demonizuje proteiny, ponieważ mogą się one na włosach nadbudować, przez co włosy się ciągną, albo sprawiają, że mamy siano na głowie. Warto mieć na uwadze też fakt, że proteiny mają różnej wielkości cząsteczki (te hydrolizowane są mniejsze) - te małe wchodzą we włos, gdy te większe łatwej się osiadają.

Emolienty to taki płaszcz dla naszych włosów, chronią je przed utratą nawilżenia i uszkodzeniami. Dzielimy je zazwyczaj na te naturalne czyli masła i oleje oraz syntetyczne, czyli silikony. Nie należy się bać przetłuszczenia, ale trzeba używać świadomych ilości! Im włosy bardziej porowate, tym bardziej wpijają wszystko, ale mimo to nie trzeba wylewać na włosy pół butelki serum. Zazwyczaj wystarczy łyżka lub łyżeczka nawet przy dłuższych włosach.

Humektanty to po prostu nawilżacze. Bez nich włosy są suche, to takie nawadniacze włosów! Są absolutenie niezbędne, ale musza być stosowane w dobrej kolejności. Niedomknięte emolientem humektanty po prostu.. odparują i zamiast nawilżenia, efekt może być wręcz przeciwny. Do popularnych nawilżaczy zaliczamy kwas hialuronowy, aloes, miód czy gliceryna.

Wiem, to brzmi na początku dość skomplikowanie. Między proteinami, emolientami i humektantami trzeba znaleźć swoją własną równowagę. Niestety moim zdaniem nie ma perfekcyjnych przepisów ile czego użyć. Zilustruje wam to na moim przykładzie : gdy zaczynałam dbać o włosy.. dosłownie je ratowałam. Były popalone i zniszczone i choć było ich dużo i były długie.. wyglądały źle i były nie do ogarnięcia. Wtedy przeczytałam o proteinach i to był strzał w 10! Moje włosy odżyły, w końcu były błyszczące i poskromione. Używałam wtedy Kallos Keratin i to czasami dwa razy w tygodniu, teraz po kilku latach, gdy moje włosy wciąż rozjaśniam, ale są zadbane, protein używam 'co jakiś czas'. Poznaję, że muszę dołożyć protein po tym, że moje włosy są jakieś takie.. dziwne, nieogarnięte i nic się nie da z nimi zrobić :D.
 U wielu osób ze zniszczonymi włosami to właśnie proteiny robią dużą różnicę, bo wiele popularnych masek są emolientowe lub humektantowo-emolientowe i włosom tego trzeciego elementu brakuje.

Ale czy warto, szczególnie na początku, inwestować w trzy różne maski czy odżywki? Nie mamy pewności, czy któraś z nich nie okaże się bublem.. Przedstawię wam mój patent na mocno budżetową pielęgnację PEH z użyciem jednej maski!

Potrzebujesz maski bazowej, czyli takiej raczej o prostym składzie, niezbyt bogatej. Najlepiej jeśli będzie to maska czy odżywka emolientowa, przede wszystkim szukajcie takiej przy włosach 'problematycznych'. Z tych tanich i łatwo dostępnych polecam do tego Kallosy- litr kosztuje 12 zł i można je aktualnie kupić w większości drogerii. Moim ulubionym do podkręcania jest Color, ta wersja ma olej lniany. Możecie spróbować również Banana, Blueberry, Cherry czy Algae.
Jak taką odżywkę podkręcić?
Maska proteinowa 


Aby uzyskać maskę proteinową nakładam porcję maski ( u mnie Kallos Color) do miski i wbijam żółtko. Zawiera ono cenne białka, ale uwaga przy mocno zniszczonych włosach, bo może się okazać, że po wysuszeniu zamiast pięknych włosów jest siano! Nie polecam używać całego jajka, bo ciężko jest je wymyć. Taką maskę (jak i każdą inną!) zmywamy letnią wodą, inaczej możesz skończyć z jajecznicą we włosach.
To najbardziej budżetowa i również zero waste maska proteinowa, bo z białek robisz bezę, a z żółtek maskę! :D Oczywiście możesz specjalnie kupić np hydrolizowaną keratynę czy jedwab w sklepach z surowcami, ja jednak jeszcze się nigdy na żaden taki składnik nie zdecydowałam :).

Maska emolientowa


Tu jest jeszcze łatwiej. Serio! Wykładam porcję odżywki (Kallos Color) i.. dodaję łyżkę oleju. Mieszam, nakładam, trzymam, zmywam. Wybór oleju to kwestia naprawdę indywidualna, ale jeśli zaczynacie skorzystajcie z tego co macie w domu. Tak, spokojnie możecie wypróbować olej rzepakowy, słonecznikowy czy lniany. Warto sobie kombinować i poszukać oleju, który twoim włosom odpowiada. Możesz je też mieszać!

Maska humektantowa


Znów zero wysiłku, bo wykładasz maskę i dodajesz nawilżacz. U mnie zazwyczaj jest to żel aloesowy, bo po prostu mam go w domu, albo miód. Jeśli masz w domu kwas hialuronowy to również świetnie się sprawdzi, ale to już droższa opcja. Jeśli tuningujecie maskę, żeby uzyskać nawilżającą wersję - konieczne jest DOMKNIĘCIE nawilżenia.

Dlatego.. można z tych trzech masek tworzyć też jedną. Po prostu dodajesz do jednej porcji maski i żółtko, i olej, i coś nawilżającego. Kombinuj i baw się, a jak nie wyjdzie to naprawisz to przy kolejnym myciu włosów. Ja najczęściej tworzę mieszankę emolientowo-humektantową, ponieważ włosy jednocześnie nawilżam i wszystko domykam. :)



W mojej pielęgnacji włosów najwięcej jest emolientów, a najmniej protein. Z włosów wysokoporowatych zeszłam na średnioporowate, ale to chyba historia na osobny wpis!


Mam nadzieję, że po krótce przedstawiłam wam jasno równowagę PEH. Zachęcam was do takich prostych eksperymentów włosowych, które w sumie nie wymagają nawet poświęcenia więcej czasu! A jeśli ten post był dla Ciebie przydatny to podziel się nim z koleżanką, może ona też odkryje, że pielęgnacja włosów może być prosta, tania i skuteczna!

To pierwszy post z tej serii. Mam nadzieję, że wam się ona spodoba!

Buziaki
Oktawia


Moje ulubione trzy triki na tanią pielęgnację w domu!

Moje ulubione trzy triki na tanią pielęgnację w domu!

 Hej!

Dziś moje trzy przepisy na domowe kosmetyki, które u mnie sprawdzają się znacznie lepiej niż kupione odpowiedniki. Plusem na pewno jest to, że nie musicie przy tych produktach siedzieć, żeby je zrobić - one dosłownie robią się same, wystarczy powrzucać kilka rzeczy. Oprócz tego zużywasz je od razu, nie musisz martwić się, że coś się zepsuje i.. nie produkujesz śmieci! 




Peeling skóry głowy
 Przetestowałam ich kilka i wciąż uważam, że to domowy jest najlepszy! Oprócz tego jego przygotowanie dosłownie nic Cię nie kosztuje, przygotowujesz jedną porcję i nie musisz się obawiać, że się przeterminuje, a Ty nie zdążyłaś go zużyć. Taki peeling skóry głowy wykonuję dość rzadko, bo raz na dwa tygodnie, czasami trzy i naprawdę nie ma co przesadzać - w końcu jest to porządne oczyszczenie skalpu. Dodatkowo poprawia się krążenie, czasami okazuje się że włosy zaczynają szybciej rosnąć i mniej wypadają, bo dzięki oczyszczeniu cebulek w końcu są odblokowane. Często po takim peelingu ustępuje świąd i suche skórki, które wyglądają jak łupież. Ja wykonuję ten zabieg po umyciu włosów, bo łatwiej mi się peeling po prostu rozprowadza.

Moje dwie ulubione wersje domowego peelingu skóry głowy: 
Peeling z cukru i szamponu, najlepiej delikatnego lub odżywki bez silikonów (np Kallos Color) To super proste, bo wystarczy wsypać do miski z 2-3 łyżki zwykłego cukru (najlepiej aby ziarenka były większe) i dodaję szamponu tak, aby było to dość gęste, ale bez problemu przelewało się przez palce. Taką mieszankę robimy bezpośrednio przed umyciem włosów, bo jeśli przygotujemy ją sobie wcześniej cukier się po prostu rozpuści. I to jest też zaleta tego peelingu - nie będzie problemu z wypłukiwaniem! Szczególnie przy włosach gęstych i długi wypłukiwanie pestek jest naprawdę problematyczne.. Oprócz tego, że cukrem złuszczymy to co na skalpie się osadziło (brud, nadbudowane silikony, ale także np lakier do włosów) to włosy będą bardziej odbite od nasady i lekko usztywnione. Po takim peelingu mam też zawsze jeden dzień świeższe włosy.

Druga wersja to dodanie do tej mikstury łyżki glinki, ja używam zielonej lub białej, i to polecam szczególnie przy przetłuszczającej się skórze głowy. Peeling zadziała jak ten wyżej, ale dodatkowo też pochłonie nadmiar sebum i sprawi, że skóra powinna mniej się przetłuszczać.
Jeśli nie wykonujecie peelingu skóry głowy to naprawdę może być przełomowy moment w waszej pielęgnacji skóry głowy. Sama używałam kilku gotowych wersji ( z Natura Siberica czy Biowax), ale jest to droga sprawa, denerwuje się też zawsze, że nie mogę wszystkiego wypłukać i zawsze później znajduje te ziarenka we włosach.. Nie polecam też domowego peelingu z kawy, bo oprócz tego, że dla mnie dosłownie niemożliwe jest wypłukanie wszystkiego to jeszcze może lekko przyciemniać włosy, ale..

bardzo polecam taki peeling do ciała!



Kawowy peeling do ciała: 
 Mam ekspres, więc te fusy z kawy i tak bym wyrzucała. Więc wkładam je sobie do miseczki, dolewam oleju i gotowe - mam tani, zero waste i świetny peeling. Można używać oleju jaki ma się w domu, ja np lubię oliwę albo olej ze słodkich migdałów. Czasami dodaję glinkę czy cukier lub miód (dodatkowe nawilżenie), ale taki podstawowa wersja też jest super! Jeśli chce wam się kombinować to oczywiście można dodać olejki eteryczne, choć jest też pachnąca wersja dla leniwych i nielubiących tłustych peelingów. Po prostu do kawy dodaję trochę żelu pod prysznic, którego aktualnie używam i mam peeling. Konsystencje dopasowujecie pod siebie, tak jak wy lubicie - ja np wolę lekko suche peelingi kawowe. :)


Taki domowy zabieg oprócz tego, że złuszcza martwy naskórek świetnie radzi sobie z cellulitem i poprawia krążenie.  Wiem, że do tej magicznej antycellulitowej mieszanki wiele osób poleca dodać cynamon dla zwiększenia efektów, ale.. to ryzykowne! Cynamon może silnie podrażnić skórę. Niewskazane jest też peelingowanie się kawą w ciąży, gdyż kofeina przedostaję się podczas zabiegu do krwioobiegu.


Maseczka na buzie z glinką: 


Maski z wykorzystaniem glinek są chyba już wszystkim znane! Ja mam w domu dwie glinki : zieloną i białą, używam ich zależnie od potrzeb, a często też mieszam je. Zielona jest tą mocniejszą, sprawdza się w przypadku skór tłustych czy trądzikowych bo absorbuje zanieczyszczenia, łagodzi stany zapalne dzięki swoim właściwościom antybakteryjnym i reguluje pracę gruczołów zostawiając skórę matową. Biała za to jest zdecydowanie delikatniejsza, więc nada się dla skór wrażliwych - oczyszcza, rozjaśnia i wygładza.


 Najczęściej dodaję po prostu wody przefiltrowanej lub przygotowanej i mieszam do uzyskania pożądanej konsystencji. Często dodaję jogurt/ śmietanę jeśli zostanie mi akurat trochę w lodówce, to kolejny z patentów na less waste :D, taka mieszanka dodatkowo łagodzi i nie wyschnie tak szybko. Jeśli chcę dodatkowo odżywić skórę lub nawilżyć dodaję kilka kropli oleju, czasami łyżkę żelu aloesowego czy hialuronowego, zdarza mi się dolać toniku czy hydrolatu. I właśnie dlatego lubię maski z glinki - bo tak naprawdę można nimi oczyszczać buzię i przy okazji działać tak, jak skóra tego potrzebuje i to mając dosłownie jeden proszek w łazience - w dodatku opakowanie glinki jest naprawdę tanie i zależenie od pojemności wystarczy na zazwyczaj kilkanaście użyć! Ja zazwyczaj kupuję je w sklepie ekologicznym, ale aktualnie są dostępne praktycznie w każdej drogerii. Ważne tylko, aby skład to była 100% glinka i jej kolor odpowiadał nazwie (zielona ma być zielona, a biała powinna być biała - nie jakieś brązowawe, wtedy są zazwyczaj słabej jakości). Należy też pamiętać, że glinka na buzi nie może zaschnąć, najlepiej się spsikiwać czymś (nawet wodą) i nie wolno ich rozrabiać w metalowych miskach ani metalowymi sztućcami!

Jestem ciekawa czy też czasami przygotowujecie swoje produkty! Też stawiacie na prostotę czy kombinujecie? 

Buziaki
Oktawia

Huda Beauty coral obsessions - czy warto? Recenzja, swatche i makijaże.

Huda Beauty coral obsessions - czy warto? Recenzja, swatche i makijaże.

Hej! 

Mam wrażenie, że odkąd ja mam swoją małą paletkę z Hudy wyszły już ich z jeszcze trzy serie.. Cóż. Ja naprawdę te palety testuję, wożę ze sobą, sprawdzam na różnych bazach i w przeróżnych warunkach. Testy palet zdecydowanie zajmują mi zawsze najwięcej czasu, ale to też dlatego, że nie używam ich codziennie. Wersję Coral dostałam od siostry i.. sama nie wiem czy akurat bym się na nią zdecydowała w sklepie. Dlaczego? Zapraszam na recenzję! 



Zaczynając od czysto technicznych rzeczy : paleta ma dziewięć cieni, więc wcale nie tak mało, i są to dwa błyski i siedem matów, ale zamknięte są one w kwadratowym, tekturowym opakowaniu. Dzięki temu zajmuje ona naprawdę bardzo mało miejsca! Duży plus daję tę za to lusterko, które jest spore i dobrej jakości, często robię przy nim makijaże na wakacjach.


Paletka jest naprawdę porządnie wykonana. Cienie są wprasowane równo, nic nie odstaje, a sam karton, mimo wyginania, trzyma się świetnie.
Kolorystyka jest zdecydowanie ciepła i choć wydaje się monotonna - mamy tutaj zarówno różowe jak i pomarańczowe odcienie. 


Szkoda jednak, że nie są one ciut bardziej zróżnicowane. Szczególnie jeśli chodzi o cienie w kolorystyce różowej, są podobne zarówno w opakowaniu jak i na oku. Są tu tylko dwa błyski i one też są niestety bardzo podobne, mimo że jeden jest bardziej pomarańczowy, a drugi bardziej różowy. Poza tym są one dość ciemne i makijaż z ich użyciem jest zawsze dość intensywny. Muszę jednak przyznać, że te blaski pięknie odbijają światło i widać je już z daleka!


Co do matów - każdy się pięknie rozciera. Można je budować, dokładać, przyklepywać, a i tak zawsze się pięknie rozblendują. Nie przypominam sobie, żebym zrobiła sobie nimi plamę. Nie są to szalenie napigmentowane cienie, ale uważam to za plus - są idealnie wyważone, nie trzeba ich budować w nieskończoność, a przy tym można je sobie stopniować.
makijaż z użyciem różowych odcieni

makijaż z użyciem pomarańczowych odcieni



Dla mnie jakość jest świetna i poradzi sobie z tymi cieniami każdy. Dzięki temu, że się tak fajnie dokładają i blendują prosty makijaż wykonuje czasami dosłownie przy dwóch pociągnięciach pędzla. Gdybym szukała czegoś w konkretnych kolorach to na pewno zerknęłabym właśnie na te mini paletki. Poręczna, świetna jakość i łatwa w obsłudze! Cena to 130zł.

Jestem ciekawa co wy sądzicie o palecie - podoba wam się? Czy zupełnie nie dla was? A może ją posiadacie?

Buziaki
Oktawia
Pod lupą : maseczki w płachcie Uni Touch

Pod lupą : maseczki w płachcie Uni Touch

Hej!

Ostatnio testuję naprawdę sporo maseczek w płachcie. Wciąż nie zachwycam się tą formą maskowania i uważam, że ma wiele wad, jednak.. to chyba najszybsza opcja odżywienia skóry, a taką maseczkę jestem w stanie zrobić wszędzie, bo nie muszę jej zmywać. Do maseczek w płachcie przekonuje mnie też fakt, że trafiam na coraz lepsze, albo - w końcu na takie, które spełniają moje oczekiwania! 



Tym razem pod lupę biorę trzy, dość ekskluzywne maseczki marki Uni Touch. Każda z nich w Sephorze kosztuje 44 zł, co uważam za naprawdę sporo jak na jednorazowy produkt. Same opakowania zachwycają prostotą, niesamowicie mi się podobają! Wymagania co do masek były więc naprawdę spore, chciałam efektu wow!

UniTouch Caviar Extract Face Mask (klik)



Kawior brzmi ekskluzywnie, ale kojarzy mi się tylko z dobrym jedzeniem. A wiedziałaś, że przeciwdziała starzeniu się skóry? Jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe i witaminy, a dzięki temu wspomaga odnowę komórek i regeneruje uszkodzoną barierę naskórka. Wydaje się więc to idealna propozycja dla cer, które były za mocno przesuszane lub przesadnie oczyszczane. I tę maskę jako pierwszą wzięłam po lupę. 

Pierwsze co mnie zaskoczyło to niesamowicie cieniutki płat! Tak cienki, że przebijała przez niego skóra na tyle, iż widać było moje piegi czy nawet przebarwienia. Z aż tak delikatnym płatem się jeszcze nie spotkałam, przylegała dosłownie idealnie - pewnie nawet gdybym w niej skakała i się schylała to nic by nie spadło. Dobrze, że płachta była zabezpieczona taką siateczką, bo łatwo się dzięki temu ją nakładało. Mimo, że płat był cieniutki to nic się nie porwało, nawet nie naderwało i sam materiał wydawał się być wytrzymały. 

Materiał był naprawdę mocno nasączony, bardzo dużo esencji zostało też w opakowaniu (nie zmarnowała się, zużyłam przez kolejne dni), ale mimo to maska po 15 minutach zaczęła mi przysychać ( a nie może zaschnąć, bo wtedy ''wyciąga'' to co oddała skórze). Po zdjęciu płachty skóra się nie lepiła, nie miałam też potrzeby nakładać nic dodatkowo na noc. Na efekty czekałam do rana i.. buzia była rozświetlona, przez kilka dni lepiej trzymała nawilżenie i uczucie ściągnięcia minęło! Muszę przyznać, że czuć było, że skóra jest jakby gęstsza i nie przesusza się. Mimo fajnych efektów to nie poczułam takiego wow. Myślę jednak, że to dlatego, że mam jednak zadbaną cerę i mocno przykładam się do pielęgnacji. Na cerze, gdzie ta pielęgnacja nie jest rozbudowana, lub nawet nieco jest zaniedbana, myślę, że byłby zachwyt i byłoby widać to działanie!
Według mnie zapach był praktycznie niewyczuwalny. Nie ma tu konserwantów.
Skład : AQUA, PROPYLENE GLYCOL, LACTOBACILLUS FERMENT, BUTYLENE GLYCOL, TREHALOSE, PENTYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, GLYCERIN, HYDROLYZED ROE,GLYCOSAMINOGLYCANS,GLYCOGEN, FUCUS VESICULOSUS EXTRACT, DEXTRIN ,HYDROLYZED HIBISCUS ESCULENTUS EXTRACT, CITRUS AURANTIUM DULCIS FLOWER EXTRACT, SEA WATER EXTRACT, COLLOIDAL PLATINUM, SORBITOL ,YEAST FERMENT EXTRACT, HYDROLYZED COLLAGEN, HYDROXYETHYLCELLULOSE, AVENA SATIVA KERNEL EXTRACT, XANTHAN GUM, SODIUM HYALURONATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CAPRYLYL GLYCOL, GLYCERYL CAPRYLATE, DIPROPYLENE GLYCOL

Uni Touch Jasmine Extract Face Mask (klik)




Jaśmin wspomaga regenerację komórek, pomaga w regeneracji i przywraca skórze blask. Oprócz tego olejek jaśminowy jest jednym z droższych, ponieważ żeby uzyskać 1 gram potrzeba aż 8000 kwiatów jaśminu! To właśnie dzięki niemu oraz dzięki świetlikowi maska ma pomóc szczególnie cerze poszarzałej odzyskać promienny wygląd.
Tu płat był taki sam jak przy wersji kawiorowej i tu też się tym zachwycałam! Na szczęście jednak ta wersja nie wyschła mi na buzi tak szybko i spokojnie trzymałam ją 20 minut, a maska była wciąż dość mokra.

Tę maskę również zrobiłam wieczorem i efekty obserwowałam głównie rano. Buzia była promienna, taka rozświetlona, ujednolicona i.. wyglądała jakoś po prostu lepiej! Mimo, że nie było tu szalonego nawilżenia to czuć było, że ta skóra jest odżywiona. Nie miałam potrzeby nakładać już nic dodatkowo na noc. Zdecydowanie to maseczka dla zmęczonej cery, szarej, takiej która gdzieś straciła blask. To też będzie super opcja przed ważnym wydarzeniem, gdy chcemy wyglądać jak najlepiej ( proszę tylko nie rób jej wtedy pierwszy raz - najpierw sprawdz czy efekt Ci się podoba - bo wszystkie mamy inne cery i oczekiwania - oraz czy Cię nie uczula!). Tutaj już efekt mi się naprawdę bardzo podobał! Szkoda, że zapach jaśminu był delikatnie wyczuwalny. Choć wolę tak, niż miałabym nie wysiedzieć w maseczce ze względu na zbyt intensywny aromat.
Skład : AQUA, PROPYLENE GLYCOL, BUTYLENE GLYCOL, LACTOBACILLUS FERMENT, TREHALOSE, PENTYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, EUPHRASIA OFFICINALIS EXTRACT, YEAST FERMENT EXTRACT, SEA WATER EXTRACT, HYDROXYETHYLCELLULOSE, AVENA SATIVA KERNEL EXTRACT, XANTHAN GUM, SODIUM HYALURONATE, JASMINUM SAMBAC FLOWER EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CAPRYLYL GLYCOL, GLYCERYL CAPRYLATE, DIPROPYLENE GLYCOL


Uni Touch Orchids Extract 3D Face Mask (klik)

 


Ta wersja wygląda moim zdaniem najbardziej luksusowo! Nawiązuje też do korzeni, ponieważ marka pochodzi z Tajwanu, który słynie z orchidei. W maseczce jest wyciąg z orchidei pozyskany w profesjonalny sposób tak, żeby wyciągnąć z kwiatu jak najwięcej, ale oprócz tego jest baobab czy niesamowicie poszukiwane ostatnio w kosmetykach - ceramidy, które między innymi wspomagają regenerację komórek.  A do tego czarne, przepiękne opakowanie i ta obietnica 3d na opakowaniu - co to w ogóle jest? Otwieram, a tu szok.. Bo płachtę zaciąga się za ucho i obejmuje również podbródek. Trochę przez to ściąga, ale po zdjęciu nie czułam żadnego dyskomfortu za uszami.Tu płat już nie był tak piękny, bo zdecydowanie był grubszy i miał odstające szycie na środku. Przylegał jednak bardzo fajnie, był najmniej, ale wystarczająco, nasączony, ale esencja nie kapała. Co mnie też zaskoczyło to fakt, że esencja była dość gęsta i taka jakby.. mleczna. Bałam się, że przez to będę się lepić jak szalona, jednak na szczęście nic takiego nie miało miejsca.

Buzia była od razu po zdjęciu widocznie zliftingowana. Owal pociągnięty do góry, do tego cera rozświetlona i promienna, gęsta, odżywiona i nawodniona. Dosłownie wszystko, czego można oczekiwać od takiej maseczki, ale.. myślę, że najlepiej sprawdzi się właśnie na cerze, jakiej jest dedykowana. Dojrzałej. Bo choć widziałam świetny efekt to wiem, że na mojej cerze po prostu maska nie miała jak się wykazać. :D
Rano buzia wciąż była naciągnięta, rozświetlona i sprężysta, ale jednak najlepsze efekty było widać bezpośrednio po zdjęciu płachty. To idealna maska bankietowa, przed dużym wydarzeniem. To właśnie efekty po tej maseczce podobały mi się najbardziej.
SkładAQUA, PROPYLENE GLYCOL, LACTOBACILLUS FERMENT, BUTYLENE GLYCOL, TREHALOSE, CAMELLIA OLEIFERA SEED OIL, PENTYLENE GLYCOL, HYDROXYETHYL ACRYLATE/SODIUM ACRYLOYLDIMETHYL TAURATE COPOLYMER, GLYCERINE, AVENA SATIVA KERNEL EXTRACT, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, TOCOPHERYL ACETATE, SEA WATER EXTRACT, HYDROLYZED ADANSONIA DIGITATA EXTRACT, CERAMIDE 3, PEG-7 GLYCERYL COCOATE, PHALAENOPSIS AMABILIS EXTRACT, SODIUM HYALURONATE, MAGNOLIA LILIFLORA FLOWER EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CAPRYLYL GLYCOL, GLYCERYL CAPRYLATE, DIPROPYLENE GLYCOL


Czy warto się skusić? Tak, ale raczej przy cerach bardziej dojrzałych lub wymagających. To zdecydowanie wysokiej jakości produkty, ale też mają w związku z tym wysoką cenę. 
Jestem ciekawa czego wy szukacie najczęściej w maskach w płachcie? Ja zdecydowanie odżywienia, rozświetlenia i nawilżenia właśnie! 

Buziaki
Oktawia
Prezent marzeń - dzień w Spa!

Prezent marzeń - dzień w Spa!

Hej!

Ile to razy przy jakiejkolwiek okazji zastanawiałaś się co można jeszcze danej osobie podarować? Portfel już dawno kupiłaś, tak samo pasek, kosmetyki czy perfumy.. No i ile można wręczać tych samych prezentów? Z pomocą przychodzi tu prezent marzeń! Ja stronę znałam już dawno, odwiedzałam kilkukrotnie i zawsze podobała mi się ta idea. Ciekawa jak to działa?

 


Prezent marzeń znajdziecie na stronie internetowej (klik), ale też w wielu miastach mają punkty stacjonarne w galeriach. Ja wielokrotnie przyglądałam się ofercie w jednej z galerii w Szczecinie, ale z tego co widzę niestety wyspa została zlikwidowana. Wracając jednak do tematu - na portalu znajdziecie wiele kategorii : od urody, przez kulinaria i na ekstremalnych atrakcjach kończąc. Na pewno więc spokojnie znajdzie się coś dla każdego, a dodatkowo można wszystkie atrakcje przefiltrować przez te dla niej i dla niego oraz wpisując miasto lub okolicę w której prezent miałby być zrealizowany.


Do mnie voucher trafił pięknie zapakowany. Torba, w niej metalowe, porządne pudełko, a w środku składane na trzy zaproszenie. Wszystko jasne, przejrzyste, zawiera wszelkie informacje o tym co i gdzie oraz jak się przygotować. Podoba mi się też to, że jest podany czas do kiedy voucher jest ważny!


Mam pewne doświadczenie z różnymi voucherami, bo często wybieram wszelkie masaże i zabiegi dla mamy. I ten naprawdę był piękny, estetyczny, a Pani w recepcji, gdy szłam go zrealizować były zachwycone, gdy go wyciągnęłam! To metalowe pudełko i przejrzyste zaproszenie naprawdę robi robotę.


Co do usługi - wybrałam pakiet, który obejmował klasyczny masaż całego ciała i ekspresowy zabieg na twarz. Wszystko odbyło się w Baltica Wellness&Spa w Szczecinie.



To był mój pierwszy zabieg na ciało ever. Nigdy nie byłam masowana, pewnie nie zdecydowałam się też nigdy wcześniej na taką usługę, ponieważ taki dotyk obcej osoby jest dla mnie dość niekomfortowy. Jednak pani sprawiła, że czułam się w gabinecie naprawdę swobodnie. Ba! Po pięciu minutach czułam się tak komfortowo, że naprawdę się zrelaksowałam i.. sam masaż mi się bardzo podobał! Na pewno teraz chętnie zdecyduję się na tego typu usługę ponownie.


Następnie wykonywany miałam zabieg ekspresowy na twarz. Do wyboru miałam masaż twarzy na kremie lub peeling enzymatyczny z wybraną maską. Zdecydowałam się na drugą opcję, z maską nawilżającą. Wszystko odbyło się profesjonalnie, Pani pytała o wszelkie uczulenia, doradziła, naprawdę czułam się zrelaksowana w gabinecie! Ostatecznie efekt też mi się podoba, bo buzia faktycznie dostała zastrzyk nawilżenia, nie jest przy tym obciążona i nic mi nie wyskoczyło.


Jestem zadowolona i z wybranej usługi i ogólnie z prezentu! Warto sobie przejrzeć ofertę, może chociażby się zainspirujecie co do prezentu :)

Post powstał dzięki zaproszeniu na zabieg od prezent marzeń :)

Buziaki
Oktawia
Trzy hity blogerek, które się u mnie nie sprawdziły.

Trzy hity blogerek, które się u mnie nie sprawdziły.

Hej!

Na pomysł postu wpadłam przypadkiem, przeglądając kosmetyki w toaletce. Analizowałam każdy produkt i czasami zastanawiałam się dlaczego to kupiłam.. Okazuje się, że mam kilka kosmetyków, które były wszędzie pokazywane, rozsławiane, pojawiały się w ulubieńcach, miały być też idealne dla mnie. I cóż, nie zawsze to zagrało. Będzie więc o rozczarowaniach i fenomenach, które u mnie po prostu nie działają.

 

 


1. Nars, radiant concealer


Oh, ile to ja się go naoglądałam na youtubie i nasłuchałam o nim na instagramie. Miał być ideał - lekki, kryjący, cudownie wyglądający i dodatkowo super gama kolorystyczna! No wszyscy go wychwalali. Dobrze, że skusiłam się na małą wersję, która kosztowała i tak.. 70zł za 1,4ml! Ten korektor wygląda u mnie pod okiem okropnie, jakby się ważył. Niezależnie czy nałożony na krem, bez niczego, czym przypudrowany. Próbowałam go już nosić na wszelkie sposoby! Zużyłam go na niedoskonałości i śmiało mogę nazwać go przereklamowanym bublem.

2. Kredka do brwi z Golden Rose


Produkty tej marki zazwyczaj się u mnie nieźle sprawdzają, a że z produktów do brwi najbardziej lubię kredki postanowiłam, że muszę sprawdzić ten hit. I cóż, już od pierwszego użycia byłam nie do końca zadowolona. To nie tak, że to zły produkt, ale nie jest to najwyższa jakość. Przy malowaniu widać kreski, nie jest tak miękka i plastyczna jakbym chciała. Nigdy nie udało mi się nią osiągnąć naturalnie wyglądających brwi. Trwałość też nie jest najlepsza, bo przy przetarciu kredka znika i robią się prześwity. To nie bubel, ale według mnie nic wyróżniającego się.

3. Korektor Make up Revolution conceal&define


Myślałam, że jestem ostatnią osobą testującą ten korektor. Mam wrażenie, że jak wyszły wiele osób sprowadzało go zza granicy, bo takim hitem się okazał! Mocno kryjący, idealny pod oczy i w spoko cenie, no ciężko się było nie oprzeć. Trafiłam na niego w Hebe, bez problemu znalazłam najjaśniejszy kolor. W domu, już po otwarciu poczułam, że po prostu śmierdzi farbą, ale pomyślałam, że ok.. użyję. Co prawda u mnie nie ma reakcji alergicznej, ale u siostry już tak. Wiadomo jak to z alergiami bywa, więc gdyby był super pewnie kupiłabym go ponownie, ale.. on nie wygląda dobrze pod okiem. Ciastkuje się, po czasie wchodzi mocno w linie i niestety nie kryje aż tak, jak tego oczekiwałam. Przy tym jest naprawdę ciężki i potrafi przesuszyć.


Wybrałam te trzy produkty, bo aktualnie jestem na etapie ich ostatecznego zużywania i niewracania do nich :D Zawsze staram się jakoś zużyć produkt, chyba że jest skrajnie beznadziejny lub robi mi krzywdę. Jestem ciekawa czy znacie te produkty i co o nich sądzicie. :)


Buziaki
Oktawia
Copyright © 2016 Kosmetykowy Zawrot Glowy , Blogger