Mac, Soft&Gentle - dlaczego nie zachwyciłam się kultowym produktem?

Mac, Soft&Gentle - dlaczego nie zachwyciłam się kultowym produktem?

Hej!

Krótko po tym jak założyłam instagrama odkryłam rozświetlacze.. Tak bardzo pokochałam efekt jaki dają, że zaczęłam je po prostu gromadzić. Na szczęście trochę przystopowałam w tej mojej małej obsesji, choć wciąż zachwycam się nowymi kolekcjami, a firmy kuszą coraz ciekawszymi kolorami i formułami... 


W pewnym momencie miałam ochotę na Soft&Gentle Mac. W internecie same zachwyty, w końcu zdecydowałam się, że chcę aby był to mój prezent Mikołajkowy. Tak ,chyba najbardziej rozpoznawalny rozświetlacz z Maca, trafił w moje ręce.



Kupiłam go w Douglasie z wyspą Maca. Obejrzałam go sobie, ale nie było się w sumie nad czym zastanawiać, bo wcześniej przejrzałam naprawdę sporo recenzji. Urzekają mnie te minimalistyczne czarne opakowania przez które widać produkt! A jest co oglądać, bo tłoczenie jest boskie - dla mnie jest to  złoto-brązowy marmurek.


Jest to rozświetlacz wypiekany, wypukły i  bardzo wydajny,a zużycie jest mało widoczne (a mam go prawie rok). W dotyku jest mocno pudrowy, ale nie pyli się, ciężko jest nabrać więcej produktu na raz, a jednocześnie super przykleja się do pędzla.  Na szczęście nie pachnie oraz nie zapycha :)


Jego kolor jest nieoczywisty, ale to zdecydowanie ciepła tonacja. Złoto, lekko przybrudzone, wpadające w brąz i rudy, ale jednocześnie ze srebrnym blaskiem. Niby jest dość ciemny w opakowaniu, ale na mojej bladej skórze nie odcina się w żaden dziwny sposób. :) Mam i złote, i srebrne rozświetlacze, jednak on nie przypomina mi żadnego, który znam.


Od razu widać, że Soft&gentle to zupełnie inny kolor niż srebrny rozświetlacz z Lovely, ale to również inny odcień niż złotawy Diamond Illuminator od Wibo.


Pewnie wynika to z tego, że Mac ma drobinki. Są one niewielkie, ale mienią się przy każdym ruchu i dają trochę efekt 3D, choć spod nich wyłania się piękna tafla. Niekoniecznie mi się one podobają na buzi, bo choć przyklejają się ładnie do skóry, zawsze znajdę kilka poza obszarem rozświetlenia..


A jaki jest ogólny efekt? Nie tego się spodziewałam. Choć mogłam wywnioskować z nazwy, że będzie to raczej lekki dzienniak, spodziewałam się pięknej tafli, którą da się zbudować. Zamiast tego mam rozświetlacz z, co prawda pięknymi, ale jednak, drobinami, który na buzi daje efekt wypoczętej, zdrowej cery. Szczerze liczyłam po tylu zachwytach na coś wow! Przyznaję jednak, że trzyma się cały dzień i błyszczy wciąż tak samo. Jest to też mój jedyny rozświetlacz, który dosłownie sam się rozblendowuje od razu podczas aplikacji.
Jest jeszcze jedna kwestia, za którą w nim nie przepadam. Produkt trzeba wpracować w skórę, żeby było go widać - jeśli nałożę go średniej wielkości pędzlem tylko przejeżdżając, efekt będzie bardzo delikatny, dla mnie zbyt. Mniejszym można go zbudować, ale nie spodziewajcie się oślepiającego blasku.


Czy był wart 140zł? Dla mnie nie, choć rozumiem zachwyty nam nim, bo to zupełnie inna jakość, niż rozświetlacze z drogeryjnych półek. Ja wolę mocniejszy glow, a ten nadaje się raczej do minimalistycznych makijaży. :)

Co o nim sądzicie? Macie go w swoich zbiorach?

Buziaki
Oktawia
Jak pozbyłam się niedoskonałości? Zmiany w pielęgnacji.

Jak pozbyłam się niedoskonałości? Zmiany w pielęgnacji.

Hej!

Już w podstawówce pojawiały mi się niedoskonałości, walczyłam z nimi jako nastolatka, a mniej więcej w połowie liceum wszystko zaczęło ustępować i mogę powiedzieć, że miałam cerę normalną. Jednak około roku temu moja cera oszalała.. A mi w końcu udało się ją okiełznać i znów jestem (w miarę :D) zadowolona.


Dosłownie nic z domowej pielęgnacji nie pomagało, całe czoło miałam w grudkach, wypryski zaczęły pojawiać się również na policzkach, szyi, brodzie.. Oprócz tego miałam pełno zaskórników zamkniętych. Kiedyś, gdy miałam lat naście, pomagało mi oczyszczanie manualne u kosmetyczki, więc dobrze wspominając ten zabieg umówiłam się na niego wczesną wiosną. Po było jednak.. tak samo, jak nie gorzej, z tym że wydałam ponad 100zł. Wtedy zaczęłam na poważnie myśleć o wizycie u dermatologa, przeszukałam kilka grup na facebooku i for internetowych i wybrałam gabinet.
Po krótkim wywiadzie doktor zaproponowała mi zabieg i odbył się on od ręki - były to moje pierwsze kwasy w życiu, więc nawet nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Była to wiosna, więc nie było pola do popisu, w związku z tym stężenie było niewielkie. Po pierwszym zabiegu było wow! Choć na początku łuszcząca się skóra i wysyp były uciążliwe, jednak po jakimś czasie w końcu miałam gładką buzię i nawet wągrów było znacznie mniej! :) Drugą wizytę miałam już w maju, łuszczyłam się jeszcze bardziej i czułam ciągłe przesuszenie, ale z efektów byłam bardzo zadowolona. Dzięki temu, że używałam kremu z wysokim filtrem oraz na początku unikałam ostrego słońca nie nabawiłam się żadnych przebarwień.
Zabiegi to jednak nie wszystko i choć zmiana była drastyczna, bo wszyscy wokół ją zauważali, musiałam zrobić coś, by ten efekt zatrzymać. Zaczęłam wprowadzać zmiany w pielęgnacji, a pierwszą, której trzymam się kurczowo jest unikanie parafiny, która mnie okrutnie zapycha. Oprócz tego zaczęłam pielęgnować skórę regularnie, stawiając na dobrej jakości produkty, najlepiej naturalne.


Zawsze pamiętaj o demakijażu. Wcześniej również zmywałam makijaż, ale najczęściej robiłam to micelem i.. tyle :) Zauważyłam jednak, że to za mało, a skóra po umyciu żelem jest dużo bardziej czysta, nie lepi się, usuwa także sebum i przygotowuje skórę pod dalsze zabiegi. Staram się mojej tłustej cery nie traktować samymi kosmetykami matującymi, bo to powodowało jeszcze większe wydzielanie sebum.. Oprócz parafiny, w żelu do mycia buzi unikam mydła oraz sls, które mogą podrażnić.
Aktualnie używam normalizującego żelu z Tołpy z serii sebio oraz czasami pianki z The Body Shop Tea Tree (czasami, bo jest mocno oczyszczająca i potrafi wręcz wysuszyć).
Regularnie robię też peeling (raz w tygodniu, raz na półtorej tygodnia), pomaga to w odblokowaniu porów i uporaniu się ze zrogowaciałym naskórkiem. Aktualnie używam peelingu mechanicznego z seri Sebium z Biodermy, który jest świetny. Niestety nie kupię go ponownie, ponieważ mam zamiar unikać produktów zawierających cząstki plastiku - elementy ścierające wolę zamienić na cukier, korund, czy kawałki pestek :)


Doceniłam również tonizowanie, które wcześniej zaniedbywałam. Gdy jako nastolatka używałam toniku zazwyczaj mnie po nim wysypywało, lub mnie podrażniał - teraz wiem, ze zapewne miał w składzie (zły) alkohol. W użyciu mam różany z Evree, który mi się kończy i nie wiem jeszcze, co kupię na jego zastępstwo, planuje jednak zaopatrzyć się w tonik z kwasami (nie jest on jednak do codziennego stosowania).
Co właściwie dało mi używanie toniku? Skóra po nim jest uspokojona, przyjmuje lepiej produkty, pH jest wyrównane. Nie wyobrażam sobie teraz po maseczce nie ukoić buzi tonikiem. Zdradzę też, że używanie toniku może mniejszyć zmienianie koloru podkładu, bo nie zawsze ciemnieje on z winy producenta. :)



Kiedyś uważałam, że maseczek używa się dla efektu ''na już'' i są bardziej do relaksu - nie widziałam sensu wydawania na nie dużych kwot. Jedyne co się nie zmieniło to to, iż nie lubię wydawać na nie dużo, gdy mamy tanie, a skuteczne cuda.:)  Moja cera nigdy wcześniej nie przetłuszczała się tak jak teraz i średnio lubiłam się przez to z glinkami, nie wiedziałam też jak ich używać. A teraz? Kocham glinki! Oczywiście nie zawsze chce mi się je rozrabiać, dlatego korzystam z produktów na bazie glinek. Aktualnie dwie takie maseczki, które do tego są tanie, to niebieska i dziegciowa z Bani Agafii. Przy regularnym stosowaniu działają na zaskórniki, mniej niespodzianek mi się pojawia i skóra nie przetłuszcza się aż tak. Żeby żadna glinka nie zrobiła nam krzywdy trzeba się jednak trzymać pewnej zasady - nie pozwalamy maseczce zaschnąć, bo nas podrażni. Nie używamy też takich maseczek codziennie, ja sięgam po nie 2-3razy w tygodniu.
Oczywiście to nie jedyne maski po jakie sięgam, bo ostatnio bardzo polubiłam maskę całonocną z Orietany (klik), która znacznie zahamowała przetłuszczanie skóry oraz mask of magnaminty (klik), która dosłownie zdziałała cuda na mojej buzi.
To, czego szukam w maskach, to dobrej jakości składniki aktywne, a nie same zapychacze. Unikam mocno perfumowanych produktów (mogą podrażnić) oraz wspomnianej parafiny. Czasami sięgam również po maseczki nawilżające takie jak algi, lub robię je sama z domowych składników.


Jednym z przełomowych momentów w moje pielęgnacji było odkrycie bawełnianych ręczniczków Tami. Są naprawdę tanie i bardzo łatwo dostępne, od jakiegoś czasu to mój must have w łazience. Dlaczego warto ich używać? Bo są jednorazowe i mamy pewność, że skórę wycieramy, a nie wcieramy w nią brud z ręcznika (nawet jeśli używamy oddzielnie tego do twarzy), który może przyczyniać się do powstawania niedoskonałości. Staram się też nie dotykać buzi w ciągu dnia, żeby nie przenosić, nawet niewidocznego, brudu z dłoni.


Ostatnim krokiem w mojej pielęgnacji jest zawsze porządne nawilżanie. Kiedyś robiłam to nieregularnie, albo wcale, bo wydawało mi się, że moja skóra tego nie potrzebuje, a wręcz po kremach mam wypryski. Teraz sobie myślę, że zapewne po prostu coś mnie zapychało.. W kremach, oprócz parafiny, unikam PEG-ów, barwników, silikonu i oleju kokosowego (ale tylko jeśli jest wysoko w składzie, inaczej mi raczej nie szkodzi). Szukam za to ekstraktów, olei, naturalnych składników i maseł - czyli nawilżaczy, które odżywią skórę dogłębnie, a nie zostawią tłustą warstwę.

Myślę, że znów wybiorę się na kwasy teraz jesienią, ponieważ jest to pora idealna na takie zabiegi. Te zasady i aktualna pielęgnacja pozwalają mi ograniczyć pojawianie się wyprysków i tak naprawdę nawet przed okresem nie mam już na buzi dyskoteki. :)

Daj znać jakie Ty masz patenty na utrzymanie buzi bez wyprysków! 


Buziaki
Oktawia
Projekt denko : październik 2017

Projekt denko : październik 2017

Hej!

Postawiłam sobie, że przynajmniej do końca roku będę zużywać kosmetyki, zanim otworzę następne - wzięłam się więc za końcówki i produkty, które gromadziłam. Narazie idzie mi naprawdę super, ograniczam też zakupy, więc jest mi łatwiej :D Dacie wiarę, że to przedostatnie denko w tym roku?


1. Pudry sypkie Wibo Banana i Paese ryżowy



To tylko dwa produkty z kolorówki, ale mega się cieszę! Ostatnio moje zapasy z szuflady makijażowej coś słabo się uszczuplały, a przecież na rynek wchodzi tyle wspaniałości.. Puder z Paese był ze mną bardzo długo, choć nie używałam go codziennie od jakiegoś czasu. Porównałam go niedawno z pudrem z Ecocery ->klik 
Pudru banana używałam pod oczy i.. tęsknię za nim! Wyglądał naprawdę ładnie pod oczami, choć mógł trochę 'żółcić'. Aktualnie pod oczy ląduje rozsławiona Laura Mercier, ale szczerze.. wolałam Wibo :D Recenzja -> klik

2. Tydzień maseczkowy na instagramie


Naprawdę mega podobała mi się ta akcja! Już tłumaczę.. zorganizowałam na instagramie konkurs, a do wygrania było 11 maseczek. Podczas jego trwania, przez tydzień, codziennie pojawiała się recenzja jakiejś maseczki! Dwie z nich nie były jednorazowe i nie skończyłam ich jeszcze.
Recenzje do tych produktów :
Aa, laser rosjaśniający - >klik
Vianek, normalizująca maseczka do cery tłustej i normalnej - >klik
Sephora, maseczka na usta - > klik
Lavera, organiczna maseczka z różą - >klik
L'biotica, plastry na pięty - >klik
Chętnie kiedyś znów zorganizuję coś podobnego - co Ty na to?

3.Vianek, odżywczy krem pod oczy i próbki



Ah, cóż to był za świetny krem! Nawilżał, odżywiał, a jednocześnie był leciutki.. :) chętnie do niego wrócę gdy znów zawitają do nas ciepłe miesiące. Pisałam o nim tutaj - > klik. Nie wiedziałam co kupić w zastępstwo i przejrzałam swoje zapasy, gdzie znalazłam 4 próbki różnych kremów pod oczy, jednak..
Botolift z Mincer zrobił mi masakrę pod oczami, sięgnęłam po niego tylko raz i to w niewielkiej ilości.. Szczypał tak, że musiałam iść go zmywać.
Clinique smart custom-repair spisał się nieźle, ale jego skład to tablica Mendelejewa i silikony.. Poza tym zdarzyło mi się po nim lekkie szczypanie, a to dla mnie jest nie do zaakceptowania.
Lancome visionnaire yeux był spoko, ale miał pełno drobinek, które miałam później na całej twarzy.. Dziwne zjawisko.
Dr irena Eris Algorithm spisał się chyba najlepiej, miał też najkrótszy skład. Żelowa konsystencja była naprawdę przyjemna, ale to nie do końca to, czego szukam na okres jesienno-zimowy. Plus za mega szybkie wchłanianie!

4. Płatki kosmetyczne i ręczniczki



 Płatki i ręczniczki z Tami uwielbiam i dokupuję je już regularnie. Tanie, dostępne w Rossku i przyjemne - czego chcieć więcej? :) Te drugie płatki to jakieś randomowe, nie wspominam ich jakoś szczególnie

5. Mini żel pod prysznic i próbka perfum



Ten mały żel przyleciał do mnie z Grecji i uratował mnie, gdy akurat w zapasach w mieszkaniu nie miałam żelu, bo wywiozłam wszystkie do rodziców. :D Zużyłam go z przyjemnością, pachniał przepięknie cytrusami :)
Gabrielle od Chanel chciałam powąchać w perfumerii, ale nie było testera. Pachną pięknie, choć to niekoniecznie zapach, który lubię ''nosić'', bo kojarzy mi się raczej z dojrzałą, nowoczesną kobietą.

6.Oblepikha Siberica odżywka rokitnikowa intensywnie nawilżająca i Biofficina Toscana maska naprawcza



Rokitnikowa była swietna na co dzień, lekka, ale nawilżająca wystarczająco. Miała dość rzadką konsystencję, wiec nie była szalenie wydajna. Teraz mam ochotę na maskę z tej serii :) Pisałam o niej tu -> klik
Maska Biofficina Toscana mnie szczerze zauroczyła.. Przy pierwszym spotkaniu zraził mnie zapach, ale to co ona robiła na moich farbowanych wysokoporach - no wow! Lśniły, nie uciekała z nich wilgoć, były miękkie, nawilżone, znów lekko się kręciły. Ah, na pewno do niej wrócę! Kosmetykom Biofficina Toscana poświęciłam cały post - >klik

7. Dezodoranty 



Wspominałam już, że starałam się powykańczać końcówki. Takim sposobem w tym denku znalazły się aż trzy dezodoranty :D Stress protect z Nivea niezły, ale nie ma wow więc raczej nie planuję do niego wracać. Za to active shield z Rexony bardzo lubię, kupuję na zmianę z moim ulubionym invisible z Nivea :)

8.Ziaja, pasta liście manuka i Evree, różany płyn micelarny



Pasta z Ziaji była ze mną aż za długo. Lubiłam ją, moja buzia była po niej gładziutka, ale nie wrócę do niej.. Staram się teraz eliminować wszelkie peelingi z plastikiem ze swojej pielęgnacji. Płyn micelarny z Evree za to okazał się mega zawodem, a po mojej miłości do toniku z tej serii spodziewałam się czegoś fajnego. Niestety mnie szczypał, a zmywał średnio.. Recenzja tu ->klik

9. Batiste, suchy szampon marrakech



Te suche szampony ratują mnie w tygodniu i zawsze muszę je mieć w łazience. Ta wersja zapachowa była przyjemna, choć później męcząca :)

Liczę, że w przyszłym miesiącu będzie tu więcej kolorówki! :D


Buziaki
Oktawia
Nowości października! Ministerstwo Dobrego Mydła, Bania Agafii, Miya..

Nowości października! Ministerstwo Dobrego Mydła, Bania Agafii, Miya..

Hej!

Październik miał być miesiącem bez zakupów - bez ulegania promocjom, kupowania na zapas czy poprawiania sobie humoru.. i prawie się udało! W tym miesiącu naprawdę niewiele kosmetyków wpadło w moje ręce :)


1. Ministerstwo Dobrego Mydła



Te zakupy planowałam już od dłuższego czasu, ale niekoniecznie chciałam zamawiać online. Tym bardziej mając świadomość, że te kosmetyki są ze Szczecina, w którym mieszkam! :) W jeden z weekedów wybrałam się na Bazar Rozmaitości, gdzie wiedziałam, że MDM się wystawia - miałam okazje powąchać,  podotykać i popytać. :D Dziewczyny na stoisku były mega miłe i pomocne, a przy tym naprawdę nienachalne. Przetestuję te moje zdobycze i z miłą chęcią tam wrócę. A co kupiłam?
Półkula kąpielowa róża - urzekła mnie zapachem, który kojarzy mi się z konfiturą różaną!
odżywczy peeling cukrowy śliwka - kultowy produkt o przepięknym zapachu. Będzie umilał mi zimne, jesienne i zimowe wieczory.
Jako gratis do zakupów dorzucany był olejek do brody, więc i mój chłopak skorzystał.


2 Nacomi, Nawilzajacy koktajl do twarzy 3w1


Ten produkt jest zachwalany na blogach i na instagramie, a ja lubię kosmetyki wielofunkcyjne, więc miałam go gdzieś tam w planach. I.. udało mi się go wygrać na instagramie drogerii amfora :)

3. Miya, my power elixir



Kolejny produkt wielofunkcyjny na który się czaiłam. To druga część wygranej z Amfory :)

4.Tami, ręczniczki bawełniane i płatki kosmetyczne



Kolejny raz je kupiłam i będę do nich wracać. Aktualnie nie wiem jak wyglądała moja wieczorna pielęgnacja bez tych produktów.. a jako ciekawostkę dodam, że to jedyne co kupiłam w tym miesiącu w Rossmannie :)

5.Bania Agafii, niebieska oczyszająca maseczka



Po tym jak maseczka dziegciowa zadziałała u mnie cuda wiedziałam, że na tę też się skuszę. Zawiera w sobie niebieską glinkę, wodę bławatkową, otręby owsiane.. Przeznaczona jest do cery tłustej i mieszanej. Kupiłam ją przy okazji zakupów w sklepie eko :D

6. Nivea, antyperspirant invisible for black&white



Pytałam was jakiś czas temu o dezodoranty w kulce/sztyfcie, które polecacie.. a i tak kupiłam swój ulubiony antyperspirant w Nivei.

7. Batiste, suchy szampon



Kupiłam dwie sztuki, bo używam ich regularnie,a akurat była na nie promocja. Ratują mnie szczególnie teraz, w okresie jesienno-zimowym. :)


Cieszę się, że ''wytrwałam'' w moim postanowieniu! :)
Znasz coś z tych produktów? A może coś Cię zaciekawiło?

Buziaki
Oktawia
Orientana, Bio Maska-Esencja Algi Filipińskie - ideał na cery tłustej!

Orientana, Bio Maska-Esencja Algi Filipińskie - ideał na cery tłustej!

Hej!

Ostatnio szczególnie polubiłam maseczki i mam ochotę robić je częściej. Lubię widzieć efekty, a odkąd stosuję bardziej świadomą pielęgnację wiem, jak ten krok może wpłynąć na skórę! Nie zawsze jednak mam ochotę na zmywanie,czy pilnowanie czasu i tu z pomocą przychodzą maski całonocne. Do tej pory spotkałam się raczej z nawilżającymi lub do cery suchej, ale ostatnio miło zaskoczyła mnie Orientana, która wypuściła bio maski-esencje na noc. 

 

Są cztery wersje i każdy znajdzie coś dla siebie :

  • Papaja&Kurkuma - do każdego rodzaju cery. Ma za zadanie rozjaśnianie przebarwień, wygładzanie, rozświetlanie i wyrównywanie kolorytu. 
  • Żeń-Szeń Koreański - cera sucha i dojrzała. Wygładza, ujędrnia, rewitalizuje i odżywia cerę suchą.
  • Śluz Ślimaka - cera wymagająca. Regeneruje, zmniejsza zmarszczki, redukuje przebarwienia i blizny oraz ujędrnia. 
  • Algi Filipińskie - do cery tłustej i mieszanej. Ma regulować wydzielanie sebum, zmniejszać widoczność porów, łagodzić stany zapalne i matować skórę. 
Co wyróżnia te produkty to na pewno naturalna baza żelowa z japońskiej rośliny Konjac, który w kontakcie z wodą pęcznieje do 200razy! Ma wiele cudownych właściwości m.in. utrzymuje poziom nawilżenia w skórze, tworzy ochronną warstwę, nie drażni i nie uczula. Aktualnie to jedyna taka baza w Polsce! Oprócz tego maski-esencje są w 98,6% naturalne. W ramach ciekawostki dodam, że Orientana to.. Polska marka, stworzona przez osoby zafascynowane Azją i ceniące eko styl życia :)


Wspominałam wiele razy, że mam cerę tłustą. Trafiła więc do mnie wersja Algi Filipińskie, która wśród aktywnych składników,oprócz Konjaca, ma:
  •  Algi, które stabilizują pracę gruczołów i oczyszczają skórę z toksyn oraz przywracają pH. Również długotrwale nawilżają
  • Wodę z kwiatów pomarańczy, działa ona oczyszczająco i antybakteryjnie
  • Egzopolisacharyd - produkowany jest przez plankton morski, długotrwale i silnie matuje, absorbując nadmiar sebum bez przesuszenia.
  • Alantoinę znaną z kojenia, łagodzenia i nawilżania
  • Tymianek, który działa przeciwzapalnie i wspomaga walkę z trądzikiem
Co mi się naprawdę podoba to fakt, że te składniki naprawdę są w składzie i to wysoko!

Skład :
 Aqua, Citrus Aurantium Amara Flower Water, Glycerin, Amorphophallus Konjac Root Extract, Allantoin, Kappaphykus Alvarezii Extract, Thymus Vulgaris Flower/Leaf Extract, Sea Water, Saccharide Isomerate, Phenyl Alcohol, Sodium Phytate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Citric Acid, Linalool.

 

Baza żelowa była prawdziwym zaskoczeniem już przy pierwszym kontakcie! Lekko wodnista, przezroczysta, bardzo przyjemna w dotyku, rozprowadza się błyskawicznie - zajmuje to tyle co nałożenie kremu. Zapach jest bardzo subtelny, słodkawy, po chwili praktycznie niewyczuwalny. 
Opakowanie jest z pompką, która moim zdaniem dozuje odrobinę za dużo. Używam więc mniej więcej pół pompki jeśli stosuję produkt jako esencję i trzy czwarte, gdy chcę nałożyć go jako maskę. Design bardzo mi się podoba, jest minimalistyczny i akurat wersja, którą ja mam, utrzymana jest w niebieskiej kolorystyce. :)


Maska-esencja wchłania się niesamowicie szybko, także po jej nałożeniu spokojnie od razu kładę się do łóżka. Po chwili, gdy zastyga i wtapia się w skórę, czuję bardzo delikatne ściągnięcie, ale ono ustępuje dosłownie po kilku minutach. 
Rano zdarza mi się, że patrzę w lustro i zastanawiam się dzięki czemu moja buzia tak dobrze i.. dlaczego schodzi mi skóra. :D Niestety, gdy nałożę zbyt dużo, część maski się nie wchłania i rano znajduję kilka zrolowanych kawałków, które wyglądają jak suche skórki. Po umyciu buzi wszystko jest już w porządku.Podczas nakładania staram się też pamiętać, żeby omijać brwi i linię włosów, bo inaczej tam też znajduję fragmenty maseczki :) 

Efekty widać od razu, rano! Twarz wygląda na rozświetloną i wyraźnie gładszą - zapewne przez zwężenie porów. Nie świeci się i nie ma na niej charakterystycznej dla tłustej cery warstwy, a jednocześnie buzia jest nawilżona i miękka w dotyku! Ten zdrowy wygląd i mat nie znika, a spokojnie utrzymuje się cały dzień, mimo nie nakładania niczego dodatkowo rano. Zauważyłam, że podkład, po użyciu poprzedniego wieczoru tej maski, nie wyświeca mi się i trzyma się znacznie dłużej. Również niedoskonałości szybciej się goją oraz ograniczyło się powstawanie nowych. :)


 Po Bio maskę-esencję sięgam najczęściej 2-3 razy w tygodniu, nakładając ją jako maskę. Czasami jednak moja skóra miewa się gorzej i wtedy nakładam cieńszą warstwę (jako esencję) i na to aplikuję jeszcze serum lub krem. Bardzo podoba mi się ta dowolność i dopasowywanie produktu pod to, jak nasza buzia go akurat potrzebuje.
Z efektów jestem niesamowicie zadowolona, a po wprowadzeniu maski-esencji moja skóra ma się znacznie lepiej i efekty są widoczne natychmiast, a jednocześnie są długotrwałe. Polecam ten produkt każdemu, kto boryka się z przetłuszczaniem, wypryskami i wiele produktów go zapycha!

50ml kosztuje 50-60zł, a bio maskę-esencję kupić można bezpośrednio na https://www.orientana.pl/ , ale również w Naturach, Hebe, SuperPharm, aptece Doz, wielu sklepach internetowych.. Również na stronie Orientany można sprawdzić gdzie znajdziecie ten produkt w swojej okolicy. 

Koniecznie dajcie znać co sądzicie o maskach całonocnych!

Buziaki
Oktawia  
Dwa kultowe produkty : Ecocera vs Paese

Dwa kultowe produkty : Ecocera vs Paese

Hej! 

Puder w moim codziennym makijażu to punkt obowiązkowy. Nakładam go na całą buzię, bo cerę mam w kierunku tłustej. Szukam więc utrwalenia i zmatowienia. :) Przez długi czas używałam pudru ryżowego z Paese,a gdy się kończył, skusiłam się na ryżowy z Ecocery. Wiele osób porównuje te produkty, a niektórzy wręcz uważają je za takie same! Przetestowałam je więc w różnych warunkach, z różnymi podkładami..i moim zdaniem różnice między nimi są widoczne!



1. Gramatura i opakowanie 

Oba pudry mają po 15g. Opakowanie Paese jest minimalistyczne i niższe od tego z Ecocera. Sitko w środku zdecydowanie lepsze znajdziemy w Paese, ponieważ można je przesunąć tak, aby produkt nie wylatywał np podczas podróży. Oba sitka całkiem nieźle dozują puder :)
Opakowania są plastikowe, ale po czasie lepiej wygląda to z Ecocery - Paese jest całe porysowane, a puder który widzicie na zdjęciu jest już wyczyszczony.. Do obu produktów dołączony był puszek, niestety żaden z nich nie był wart uwagi. Aplikując nimi puder czułam, jakbym się dosłownie biła po twarzy - były cienkie, twarde i po kilku użyciach się rozwaliły. :)


2. Kolor i formuła 

To, że pudry mają biały kolor raczej  nikogo nie dziwi. Oba teoretycznie są transparentne na buzi, ale niestety bielą - szczególnie Ecocera. Przy Paese efekt bielenia znika po chwili, gdy puder połączy się z podkładem, a przy Ecocerze się to rzuca w oczy i dlatego trzeba uważać z jego ilością.
Pudry wybrałam w wersji sypkiej. Są one przez to dość ''lotne'', ale nie pylą się przesadnie. Pod palcami są całkiem jedwabiste, ale zdecydowanie przyjemniejszy w dotyku jest Paese. Mam wrażenie, że jest drobniejszy i gładszy, daje uczucie aksamitnego wykończenia. Puder z Ecocera jest bardziej tępy i suchy w dotyku, choć różnica nie jest kolosalna.


3.  Trwałość i wykończenie 

Nosiłam te pudry z różnymi podkładami m.in. Bell matująco-kryjący czy Mac Studio Fix i na każdym, z którymi je testowałam, trzymały się mniej więcej tyle samo czasu - czyli około 4-5 h trzymał się mat. Jeśli chodzi o trwałość to są prawie identyczne, może odrobinę dłużej matuje Paese :) Wykończenie również mają podobne, ale.. są szczegóły, które dla mnie są niesamowicie istotne! Ecocera nie tak łatwo i nie od razu wtapia się w podkład, po prostu wygląda pudrowo daje bardzo płaski mat. Być może jest to też kwestia jego zmielenia.. Paese wtapia się lepiej i szybciej, również wygląda na cerze matowo, ale już nie tak płasko. Moim zdaniem wygląda bardziej naturalnie i delikatnie niweluje pory.


Przy obu pudrach czuję po jakimś czasie ściągnięcie i lekkie przesuszenie. Jednak Paese byłam w stanie nosić na co dzień, a krem na noc totalnie niwelował uczucie ściągnięcia. Po ponoszeniu przez kilka dni Ecocery moja cera była mega ściągnięta..


4. Cena i dostępność

Ecocerę dostać można głównie przez internet i w mniejszych, osiedlowych drogeriach. Z Paese jest podobnie, tyle tylko że mają oni wyspy w większych miastach w galeriach handlowych. Oba produkty mają tę samą gramaturę, jednak puder z Paese jest 2 razy droższy i kosztuje 40zł (Ecocera około 20zł).


5. Moja opinia po miesiącach używania - na który bym się zdecydowała ponownie? 

Zapewne na.. żaden. Niestety te 5 godzin matu to aktualnie dla mnie za mało, ponieważ potrafię spędzić 7-8 i więcej godzin na samej uczelni.. ;) Moja cera jednak naprawdę mocno przetłuszcza się na czole i jeśli nie macie aż takiego problemu jak ja - wzięłabym Paese. Jest droższy, ale wygląda ładniej na buzi, nie wysusza aż tak i.. był bardziej wydajny. Nie sądzę jednak, że Ecocera jest zła, bo jeśli szukacie czegoś w niskiej cenie to warto się skusić właśnie na ten puder! :)

Warto też dodać, że obie marki są Polskie, a produkty również produkowane są na terenie naszego kraju! <3 
 
Który puder wolisz? Używasz pudrów ryżowych?

Przeczytaj też : Dwa kultowe produkty : Catrice vs Collection

Buziaki
Oktawia

Lush, Mask of Magnaminty

Lush, Mask of Magnaminty

Hej!

O Lushu nasłuchałam się dawno temu i kusił mnie tym bardziej, że jest to marka niedostępna u nas. Pierwsze produkty jakie udało mi się u nich kupić to kule i mydełka do kąpieli, które totalnie mnie kupiły zapachami. Z resztą, to jak pachnie w ich sklepach przywraca aż o zawrót głowy, ale szczerze? Wszystko wygląda tak bajecznie, że mogłabym tam spędzić długie godziny.. :) 



Będąc w te wakacje w Pradze mieszkałam niedaleko galerii handlowej, w której znajduje się Lush. Tym razem nie grzebałam jednak po półkach, a weszłam w konkretnym celu. Chciałam kupić Mask of Magnaminty! Trochę zdezorientowana byłam tym opakowaniem, bo na miejscu były dwie wersje - cała czarna (czyli standardowa) oraz ta w kwiaty (z  lekko zmienionym składem i bez konserwantów). Przemówiły do mnie kwiatki, a zdecydowałam się na wersje najmniejszą jaka była dostępna czyli 100ml. 
Jak już jesteśmy przy opakowaniach to nie mogę nie wspomnieć o kilku istotnych szczegółach. Denko jest odkręcane, co daje nam gwarancję, że nic nam się nie rozleje podczas podróży czy na dnie szafki. Materiał z jakiego wykonany jest pojemniczek to recyklingowany plastik. :) 


Na każdej sztuce, oprócz składu i podstawowych informacji, jest również naklejka kto i kiedy zrobił naszą maseczkę (bo wszystko produkty Lush są handmade <3) oraz do kiedy najlepiej jest ją zużyć.
Skład jest naturalny, znajdziemy tutaj glinkę, miód,olejek z mięty pieprzowej.. warto też dodać, że oprócz tego,że marka nie testuje na zwierzętach, sprawdza również pod tym kątem swoich dostawców! Jest więc pewność, że jest to wyrób wegański, co nawet potwierdza charakterystyczna V-ka na opakowaniu :)

Skład : Mel, Kaolin, Bentonite, Talc, Glycerin, Phaseolus Angularis Seed Powder, Oeanohera Biennis Seed, Mentha Piperita Oil, Tagetes Erecta Flower Oil, Vanilla Planifolia Fruit Extarct, Limonene, Parfum, CI 75810.


Nazwa ''Mask of Magnaminty'' mocno sugeruje nam co to jest za produkt.. ja jednak nie nazwałabym go maseczką! :) Dla mnie jest to wielofunkcyjna pasta. Po pierwsze dlatego, że ma dość gęstą konsystencję, która z czasem robi się jeszcze gęstsza. Po drugie ma w sobie peelingujące drobinki, które kwalifikują ją również jako zdzierak. A po trzecie, nie trzeba jej nakładać na buzię/ciało i trzymać tych 10-15 minut! Można krócej, może dłużej - zastyga, ale bardzo powoli i delikatnie, na tyle że nie kończy się to podrażnieniem :D


Jak ja jej używam? Różnie - zależnie od tego na co mam ochotę i czas. Zdarza mi się zrobić tą ''maseczką'' peeling lub po prostu umyć nią twarz. Czasami nakładam ją dłużej na buzie, ale bywa i tak, że ląduje tylko na bardziej problematyczne i wybrane partie buzi! Niezależnie od metody- lekko chłodzi, co nie dla każdego może być przyjemne. Jej zmywanie jest bezproblemowe i niebrudzące połowy łazienki :D
Przy samym myciu efekt na skórze jest delikatny, ale zauważalny natychmiastowo. Wszelkie zanieczyszczenia znikają, pory robią się mniejsze, a skóra aż tak się nie świeci.
Po zastosowaniu jej jako maseczki buzia odzyskuje zdrowy blask, ale jednocześnie jest przepięknie zmatowiona! Niedoskonałości są zdecydowanie wyciszone i szybciej się goją, a przy regularnym używaniu tego produktu rzadziej pojawiają się nowe niespodzianki :)
Co podoba mi się chyba najbardziej to fakt, że drobinki peelingujące są miękkie, ale jednocześnie dość małe. Świetnie usuwają martwy naskórek, ale bez jakiegokolwiek podrażniania i to nawet w najbardziej wrażliwych miejscach :)
Po zmyciu i odczekaniu nie czuję żadnego ściągnięcia czy dyskomfortu, mimo że nie jest to produkt typowo nawilżający. Dlatego myślę, że nawet skóry idące w kierunku suchych mogą się z maską polubić!
Spokojnie można używać maseczki na całe ciało, mi jest najzwyczajniej w świecie szkoda i ograniczam się do buzi, oraz czasami dekoltu.


Pierwsze spotkanie z Mask of Magnaminty nie było jednak aż tak miłe.. Zapach był tak intensywny, że miałam ochotę od razu ją zmyć. Czułam po prostu pastę do zębów, może z lekką nutą czegoś słodkiego. :P Na szczęście przetrzymałam to i .. buzia wyglądała pięknie!

Ja jestem bardzo zadowolona z tej maseczki i chętnie zapoznam się z innymi z asortymentu. Po skończeniu tego opakowania zostawię je sobie, ponieważ w Lushu można oddawać 3 puste pudełka, a w zamian otrzymać nową, świeżą maseczkę :D
Jest to jeden z tych wydajnych produktów i cena jest tutaj również adekwatna do jakości. Żałuję, że nie mam dostępu do tych kosmetyków częściej, bo moja tłusta skóra dosłownie pokochała tę maseczkę.
Na angielskiej stronie Lusha (klik) znalazłam informację, że 125ml kosztuje 6.95 :)

Znasz Lush? :)
Używałaś może Mask of Magnaminty? :D

Zapraszam też na recenzję Agnieszki z bloga Kosmetyczny Fronesis -> klik oraz Moniki z Mama z różową torebką - > klik :)
Dziewczyny mają zupełnie inny typ cery niż ja. 

Buziaki,
Oktawia


Copyright © 2014 Kosmetykowy Zawrot Glowy , Blogger