Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Trzy naturalne kremy miejskie

Trzy naturalne kremy miejskie

Hej!

Mam wrażenie, że kremy miejskie to nowość na rynku, a raczej ich popularność znacznie wzrosła  gdy pojawiły się apele o coraz to bardziej dokuczliwym i szkodliwym smogu. I.. cieszę się, że pojawiło się ich wiele, a ta gałąź kremów miejskich wciąż się rozrasta. Mają one za zadanie chronić skórę nie tylko przed smogiem, ale też przed wszelkimi zanieczyszczeniami jak dym papierosowy czy metale ciężkie, które są w powietrzu i na które narażona jest skóra w wielkomiejskiej dżungli. Bardzo często przypisywana jest im również ochrona przed promieniowaniem z komputera, tabletu czy telefonu. Takie kremy zazwyczaj pełne są antyoksydantów, wyciągów i wszystkiego co może skórę chronić i wzmacniać, bardzo często dodawany jest również SPF.

 

 


Czy warto się wiec takimi kremami zainteresować? Moim zdaniem zdecydowanie! Opowiem to na moim przykładzie..
Pochodzę z Kołobrzegu, to średnie miasto na północy Polski, nadmorskie uzdrowisko. Powietrze jest tam zdecydowanie czyste (zawsze wieje, absolutnie zawsze.. :D), jest dużo zieleni. Mieszkając tam bardzo rzadko czułam smród w powietrzu (w mieście nie ma kamienic, a jak są to odnowione i zazwyczaj znajdują się tam usługi typu fryzjer), latem jest ograniczenie dotyczące wjazdu samochodów ciężarowych, władze dbają, aby było możliwie ekologicznie (w końcu to uzdrowisko). Po przeprowadzce do Szczecina szybko zauważyłam różnicę w powietrzu, zimą bardzo często szybciej się męczyłam, bolały mnie płuca, a skóra była dosłownie pokryta warstwą brudu (widać to przy demakijażu). Jednak latem czy wiosną jest niewiele lepiej, bo jeździ bardzo dużo samochodów, a z kamienic unosi się często śmierdzący dym.




Tę różnicę czuję i widzę realnie. To nie jest oderwana eko-propaganda, a niestety rzeczywistość. Gdy zaczęłam zauważać jak brudna jest moja skóra,często również rozdrażniona, jak nawet woda, którą myję ''czyste'' ręce po spacerze robi się szarawa, jak włosy śmierdzą i są oblepione.. stwierdziłam, że krem miejski PRZYNAJMNIEJ zimą w większym mieście jest absolutną koniecznością w walce o ładną, zdrową cerę. Taki krem ma za zadanie tworzyć warstwę, aby to wszystko co było w powietrzu nie miało bezpośredniego kontaktu z twoją delikatną skórą! Akurat mam otwarte trzy kremy miejskie, wszystkie polskich, naturalnych marek i chętnie wam je ze sobą zestawię, także zapraszam na porównanie, bo mimo, że te kremy teoretycznie należą do tego samego zbioru to różnią się dosłownie wszystkim. Od składu, przez konsystencję, na opakowaniu kończąc.

Mokosh regenerujacy krem do twarzy anti-pollution malina 60ml 148zł


Dostępny jest w dwóch pojemnościach, 15ml i 60ml. Mam tę większą i nie spodziewałabym się, że w tym ciemnym, minimalistycznym słoiczku jest aż tyle kremu. Choć określenie krem w tym przypadku nie do końca mi pasuje, to dla mnie malinowy budyń do twarzy! I nie odbierz tego źle, ja bardzo lubię tę konsystencje, bo mimo pewnej ciężkości produkt wchłania się szybko, a na skórze po chwili robi się satynowy w kierunku matu - jak po silikonach. Na początku nawet szukałam ich w składzie.. :)


Krem bezproblemowo się aplikuje i nosi, spokojnie nakładam go pod makijaż. Mimo treściwej konsystencji polecałabym go raczej do cery normalnej, mieszanej i tłustej ze względu na jego wykończenie. Nie skusiłabym się raczej na niego przy cerze wrażliwej, bo mój facet właśnie taką cerę mam i pojawiło się u niego po aplikacji podrażnienie i zaczerwienienie. Raz też wszedł u mnie w reakcje z innym kosmetykiem i również pojawiło się podrażnienie. Krem też dość mocno pachnie, co na pewno nie każdemu będzie odpowiadało.

Skład: Aqua, Coco-Caprylate/Caprate•, Glyceryl stearate•, Argania Spinosa Kernel Oil, Cetearyl alcohol•, Glyceryl Stearate Citrate•, Cetearyl Olivate•,  Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil, Oenothera Biennis (Evening Primrose) Oil, Sorbitan Olivate•, Propanediol•, Sodium Hyaluronate, Pyrus Malus (Apple) Juice, Prunus Persica (Peach) Juice, Triticum Vulgare (Wheat) Seed Extract, Hordeum Vulgare Seed Extract, Panax Ginseng Root Extract, Daucus Carota Sativa Root Oil, Squalane•, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Glucosyl Ceramide, Glycerin•, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Cellulose, Glyceryl Caprylate•, Glyceryl Undecylenate•, Parfum, Dehydroacetic Acid••, Pentylene Glycol••, Benzyl Alcohol••
• Surowiec pochodzenia roślinnego
•• Zatwierdzony przez organizacje certyfikujące naturalne kosmetyki


Co sprawia, że nazywamy ten krem miejskim? Zawiera:
soki owocowe (z jabłek i brzoskwini) bogate w witaminy, kwasy owocowe oraz składniki mineralne wykazujące działanie przeciwrodnikowe,
 kompleks ekstraktów, który chroni przed działaniem metali ciężkich,
wyciąg z korznia rzeń-szenia, który wspomaga działanie antyoksydacyjne,
oleje roślinne, które są źródłem witaminy E, która chroni przed działaniem wolnych rodników

Orientana bio krem aktywnie ochronny anti pollution moringa i cytryniec 50ml 65zł



Pierwsze w oczy rzuca się tu opakowanie i jest ono.. wyróżniające! Niskie, a grubawe, na szczęście z air lessem (chyba? To znaczy, ze krem wypychany jest do góry). Bardzo wygodne w obsłudze, choć przez to, że jest grubawe, to jednak średnio się ten krem przewozi. Cała pompka to też dla mnie za dużo na jedną aplikację, ale spokojnie da się wycisnąć pół - to dla mnie ilość optymalna. Krem jest dość gęsty, rozprowadza się sprawnie, ma poślizg, ale jednocześnie trochę bieli i jest lekko tępawy (zapewne przez spf). Buzia się po nim świeci, a jednocześnie nie wytłuszcza się, choć.. czuć go na skórze, jest dość ciężki. To w moim odczuciu idealny krem miejski na mrozy, bo otula skórę! 

Raczej nada się do cery mieszanej, ale nie mocno przetłuszczającej się i normalnej. Przy cerze tłustej może być za ciężki, a przy suchej za to za mało nawilżający(chyba, że da się pod spód na przykład nawilżające serum). Z tej trójki to właśnie krem z Orientany zabrałabym na zimową wycieczkę w góry! Ma zapach naturalny i bardzo lekki jak na tę markę.

Skład:  Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Isoamyl Laurate, Cetearyl Alcohol, Propanediol Dicaprylate, Solanum Lycopersicum Seed Oil, Ethylhexyl Triazone, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Glyceryl Stearate Citrate, Diethyloamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Tocopherol, Moringa Pterygosperma Seed Extract, Schisandra Chinensis Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Helianthus Annuus Seed Oil, Propanediol, Xanthan Gum, Sodium Stearoyl Glutamate, Glyceryl Caprylate, Sodium Phytate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Perfum, Citric Acid.

Śmiało można go nazwać kremem miejskim, bo zawarty w nim ekstrakt z nasion moringi tworzy warstwę chroniącą przed zanieczyszczeniami powietrza, w tym smogiem, oraz wzmacnia procesy antyoksydacyjne. Znajdziemy tu również ekstrakt z cytryńca, który chroni przed toksynami i zanieczyszczeniami z powietrza. Dodatkowo zawiera niski (15) faktor SPF, który jest dodatkowym atutem i spełnia działanie ochronne przed promieniowaniem.

Creamy For your fusion 30g 199zł

 

Najlżejszy z trzech przedstawionych tu kremów miejskich. Ma konsystencję lekko podbitej śmietany, bardzo przyjemny i delikatny. To małe, szklane opakowanie skrywa 30g produktu, a do tego można je marce odesłać i otrzymać rabat na zakupy #lesswaste !
Dla mnie to typowo dzienny krem do cery normalnej, mieszanej, a może i nawet przetłuszczającej się. Po jego nałożeniu rano od razu czuć takie złagodzenie i otulenie skóry, ale bez obtłuszczenia, bo krem wchłania się po chwili całkowicie zostawiając cerę rozświetloną, a skóra jest miękka i odżywiona! Po tym kremie wszelkie niedoskonałości, podrażnienia, wysypki czy alergie są złagodzone i od razu przynosi ulgę.

Skład: Rosa Damascena Flower Water, Carapa Guaianensis Seed Oil, Moringa Oleifera Seed Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Sclerocarya Birrea Seed Oil, Shea Butter Ethyl Esters, Cetearyl Olivate, Aqua, Glycerin, Sorbitan Olivate, Cetyl Alcohol, Glycine Soja Seed Extract, Tocopherol, Glyceryl Stearate, Bisabolol, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Ceramide 2, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Extract, Xanthan Gum, Sodium Phytate, Citric acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate

Skład jest tutaj bardzo konkretny, zwróćcie uwagę, ze zamiast wody jest hydrolat. Krem pachnie bardzo naturalnie, producent określa to jako zapach botaniczny. A dlaczego jest to krem miejski? Kluczowy olej moringa wykazuje działanie odżywcze, ale również przeciwzapalne, olej jojoba za to wzmacnia skórę, a olej marula chroni ją przed czynnikami zewnętrznymi. Jest również ekstrakt z owoców acai bogaty w przeciwutleniacze i składniki mineralne, a bisabolol łagodzi rozdrażnioną i wrażliwą cerę.

Od góry : Creamy, Mokosh, Orientana


Jeśli mam wybierać, to na co dzień w cieplejsze dni wybrałabym Creamy, a na zimę i w góry  Orientanę. Mokosh polecam do skóry, która potrzebuje lekkiego otulenia i dawki odżywienia na dzień, ale zdecydowanie nie do cery wrażliwej. Testowałam te produkty w różnych warunkach, solo i pod makijaż.. Creamy mam na jedno użycie, Mokosha jest pół i Orientany też około pół! :)
Kremy tutaj przedstawione nie są tanie, zdecydowanie. I niestety ten najdroższy podoba mi się najbardziej. Przy nazwach zostawiłam wam linki gdzie możecie przejść od razu na stronę producenta!

Mam nadzieję, że pomogłam i jeśli nigdy wcześniej nie miałaś kremu miejskiego, a mieszkasz w dużym mieście.. to teraz się na niego zdecydujesz! :) 

Buziaki
Oktawia
Dwuetapowy demakijaż ::  Zmywanie makijażu olejkami - jaki wybrać? Lepsze są olejki z emulgatorem czy bez?

Dwuetapowy demakijaż :: Zmywanie makijażu olejkami - jaki wybrać? Lepsze są olejki z emulgatorem czy bez?

Hej!

Obiecałam wam wpis  z tym jak ogarnąć swoją pielęgnację i.. on się pojawi! Jednak gdy zaczęłam go pisać stwierdziłam, że nie mogę się skupić na tym jakiego dokonać wyboru nie tłumacząc co i dla kogo będzie lepsze, więc najpierw pojawią się małe przewodniki. Zaczniemy sobie od demakijażu olejami! Dla kogo to jest, czy w ogóle warto, jaki olej wybrać, a może lepsze będą mieszanki - z emulgatorem czy bez? I co to w ogóle znaczy.. Jeśli zadałaś sobie choć jedno z tych pytań to ten post jest dla Ciebie!


Wiem, że pewnie o demakijażu olejami czytałaś już na wielu portalach. I pewnie wciąż się zastanawiasz - zmywać to samą wodą? Czy lepiej umyć później buzię? A może w ogóle wody nie używać, tylko sciągać to ręcznikiem?



 Wszystkie te metody występują i są z powodzeniem praktykowane! Ja uważam, że najlepszą metodą jest double cleansing czyli tak zwane oczyszczanie dwuetapowe.
W pierwszym etapie nakładasz olej na zwilżoną skórę i masujesz, aż wszystko się rozpuści. Gdy widzisz, że twoja pomadka jest już dosłownie na połowie twarzy czas ten makijaż i brud usunąć. Ja zmywam to najpierw wodą (jeśli olejek jest z emulgatorem, a takich staram się używać), następnie pozostałości ściągam wielorazowym wacikiem czy ręczniczkiem. Uwierzcie, zawsze coś na nim zostanie i właśnie dlatego jestem zwolenniczką metody dwuetapowej: następnie myję twarz żelem czy pianką. Mam wtedy pewność, że makijaż nie tylko został rozpuszczony i ściągnięty z buzi, ale też, ze wszelkie drobne, nawet niewidoczne pozostałości zostały zmyte przy drugim etapie!

Czysty olej czy mieszanka? Co wybrać?

Sięgałam już po wszystkie dostępne i popularne formy olejowego demakijażu:
- balsamy : czyli olejki z formie stałej, które rozpuszczają się pod ciepłem dłoni. Nabiera się trochę ze pojemnika i rozmasowuje w dłoniach. Używałam zarówno wersji z emulgatorem  oraz bez  i to zupełnie nie moje klimaty. Po pierwsze zawsze musisz wygrzebać trochę produktu, po drugie mam wrażenie, że ta forma jest najcięższa (szczególnie wersja bez emulgatora).
- czyste oleje: tak naprawdę możesz sięgnąć po jakikolwiek olej masz w domu i zmyć nim makijaż. Kokosowy, z pestek śliwki, macadamia, ze słodkich migdałów.. wiem, że jest wielu zwolenników mieszania oleju z ciężkim rycynowym czyli tzw OCM.
Zdarza mi się sięgać po czysty olej do demakijażu, gdy akurat nie mam nic gotowego, ale nie jest to moja ulubiona metoda. Takie oleje z makijażem jest zdecydowanie trudniej zmyć, zdarzało mi się, że nawet po umyciu twarzy żelem miałam poczucie tłustości..
- mieszanki olei bez emulgatora, czyli specjalnie stworzone do cery mieszanki, które nie zmywają się wodą. One tylko rozpuszczają cały brud i makijaż, który następnie trzeba usunąć ściereczką czy wacikiem, przy tej opcji też miewałam poczucie, że nie domyłam skóry.
-mieszanki z emulgatorem to zdecydowanie moja ulubiona opcja! Po masażu, gdy już olej połączy się z makijażem wystarczy umyć twarz wodą i część jest już zmyta. Ja zawsze i tak ściągam resztki wacikiem wielorazowym i dopiero myję skórę: zawsze jest ona wtedy porządnie oczyszczona i nie zdarzyło mi się uczucie obciążenia czy niedomycia.



To w skrócie, bo gdybym przy każdej opcji miała się rozpisać pewnie napisałabym o tym książkę! Jak już wspomniałam najbardziej lubię gotowe wersje z emulgatorem, ale nie są one sobie równe. Niektóre z tych olejków wciąż są gęste i ciężkie, zostawiając mimo umycia taką.. ciężkość. Przy cerze suchej to może być zaleta, ale przy tłustej to wolę jednak coś lżejszego!


I trafiłam na coś takiego.. olejek Kalahari Pure od Creamy. Jest to mieszanka olei stworzona z myślą o cerach problematycznych:
  • olej z pestek moreli – łagodzi wrażliwą skórę, a także poprawia jej nawilżenie,
  • olej konopny – lekki i odżywczy składnik, który pomaga w regulacji poziomu sebum,
  • olej z czarnuszki – działa przeciwzapalnie, kojąco,
  • olej jojoba – wyjątkowo biokompatybilny ze skórą, wzmacnia ją i wygładza,
  • olej z melona Kalahari – dzięki niemu skóra staje się nawilżona i miękka,
  • olej moringa – sprowadzony przez założycielkę marki Creamy prosto z jej rodzinnego Haiti, tłoczony z nasion „drzewa życia”, niezwykle bogaty w składniki odżywcze, dodatkowo wykazujący działanie przeciwzapalne,
  • estry etylowe masła shea –  pozostawiają poczucie satynowej skóry,
  • witamina E – działa przeciwutleniająco i nawilżająco,
  • bisabolol – łagodzi podrażnienia, surowiec szczególnie przyjazny dla skóry podrażnionej,
  • ekstrakt z rozmarynu – posiada właściwości antyoksydacyjne, przeciwzapalne. *
INCI: Prunus Armeniaca Kernel Oil, Cannabis Sativa Seed Oil, Nigella Sativa Seed Oil, Polyglyceryl-4 Oleate, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Citrullus Lanatus Seed Oil, Moringa Oleifera Seed Oil, Shea Butter Ethyl Esters, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Bisabolol, Rosmarinus Officinalis Extract, Citric Acid. **



Przede wszystkim ten olejek jest rzadki, nie ciągnie się, łatwo masuje się nim skórę! Na mokrej twarzy od razu zamienia się w delikatną, białą emulsję łącząc się z brudem i makijażem. Po spłukaniu wodą większość tych zanieczyszczeń schodzi, ale mi najlepiej dodatkowo się to ściąga wacikiem wielorazowym. Następnie zawsze myję skórę żelem lub pianką i przechodzę do dalszej pielęgnacji.


Skóra po takim demakijażu jest naprawdę czysta, bardzo często po wprowadzeniu takie rytuału widać szybko znaczną różnicę : sebum jest coraz mniej, dzięki czemu wągry tworzą się rzadziej , a te które już są znikają (wągry to w sumie zanieczyszczenia nagromadzone w porach). I choć ja stosuję taki demakijaż od dawna to olejek z Creamy jest najlepszym i najbardziej komfortowym jaki stosowałam, bo nie ma absolutnie żadnej tłustej warstwy, ani uczucia ciężkości na skórze! Podoba mi się też jego zapach, dla mnie to marcepan :)  Polecam ten produkt szczególnie osobom, które mają problemy z zanieczyszczaniem się skóry i przetłuszczaniem.
Wykonując taki demakijaż omijam okolicę oczu! Nie trę, aby pozostałości tuszu, cieni czy linera nie dostały się do oka. Choć wiadomo, olejami najłatwiej się wszystko faktycznie rozpuszcza więc biorę wacik wielorazowy, moczę go i nalewam z dwie krople olejku. Wtedy dopiero przykładam do powieki i odczekuję chwilę, po paru sekundach wszystko jest na waciku - bez pocierania, tuszu w oku i podrażnień co niestety zdarzało mi się bardzo często gdy przecierałam oczy palcami!


Jeśli chodzi o opakowanie to jest niestandardowe, bo ma pipetę, a nie pompkę czy dziubek do wylewania. Nie wiem czy to lepiej, czy gorzej - na pewno nie mogę zakręcić butelki od razu mając tylko jedną wolą rękę, ale.. robię to po prostu po umyciu twarzy i nie widzę zupełnie problemu w tym. Na pewno będę w stanie zużyć kosmetyk do ostatniej kropli! Przypomnę też, że marka Creamy prowadzi akcję ze zwrotami opakowań - można im odesłać takie opakowanie po ich kosmetyku, a oni użyją go ponownie :) Ty za to dostaniesz upust na kolejne zakupy. 
Koszt za 100ml to 79zł (klik) co uważam za rozsądną cenę, kosmetyk jest raczej wydajny. Na jeden raz używam około 8 kropli :D


Mam nadzieję, że odpowiedziałam na wszystkie wasze pytania i rozwiałam wszelkie wątpliwości czy warto chociaż spróbować tej metody. Przy komfortowym olejku to naprawdę sama przyjemność i chwila relaksu podczas masowania :) 

Daj znać czego Ty używasz do demakijażu!

Buziaki
Oktawia


** informacje bezpośrednio ze strony producenta 
Post powstał we współpracy z marką Creamy, jednak nie miało to zupełnie wpływu na moją opinię! Moje obserwacje wynikają z testowania produktu, a opisane odczucia wynikają z mojej ogromnej sympatii do tego produktu :)
Najciekawsze kalendarze adwentowe 2019 ! Czy warto kupić kosmetyczny kalendarz adwentowy?

Najciekawsze kalendarze adwentowe 2019 ! Czy warto kupić kosmetyczny kalendarz adwentowy?

Hej!

W zeszłym roku byłam pewna, że się skuszę na kalendarz adwentowy i  już miałam kupić Rituals, gdy na stronie pojawił się kalendarz Sephora favorites. Kosztował dużo, bo ok 350zł i musiałam się wstrzymywać miesiąc z jego otwarciem, ale.. te 24 dni z nim i te 24 okienka sprawiły mi niesamowitą radość! Z resztą, wiem że wam również - otwierałam każde okienko z wami na żywo na stories i żywo komentowałyście zawartość :) Wiem też, że już wtedy dostałam wiadomości, że w przyszłym roku na pewno kupujecie kalendarz adwentowy! Przygotowałam więc dla was zestawienie kalendarzy, które według mnie są ciekawe i adekwatne do swojej ceny.


 Moim kryterium jest też różnorodność i uniwersalność - przejrzałam zawartość każdego kalendarza, ale nie martwcie się, nie będę ich zdradzać, choć napomknę na pewno w niektórych przypadkach o kosmetykach argumentując swój wybór. Kalendarze które wyselekcjonowałam nie są idealne i na pewno wspomnę o ich wadach, żebyście miały klarowną sytuację przed zakupem :) Mam nadzieję, że mój wpis będzie dla was pomocny!
Kolejność w której umieściłam kalendarze jest przypadkowa - nie sugerowałam się ceną, ''najlepszą'' zawartością, marką czy dostępnością. :)

 Kalendarz Sephora Favorites - 389zł


Nie mogłam od niego nie zacząć! Absolutnie nie żałowałam zakupu w zeszłym roku i ponowiłabym go w tym, bo wiele produktów z tamtego kalendarza wciąż używam (np rożswietlacz Becca - kocham!). Podobało mi się w nich chyba najbardziej to, że był różnorodny.
Tegoroczny różni się od tego z poprzedniego roku wyglądem i zawartością, czytałam w komentarzach na instagramie, że jest gorsza niż w zeszłym roku i.. no nie wiem, mi się podoba! I naprawdę większość z tych kosmetyków to są hity, które gdzieś tam mi się przewijają na insta i blogach. Jest pielęgnacja, kolorówka, są gadżety i nawet perfumy - a wszystko całkiem uniwersalne, tak aby pasowało mniej więcej każdemu.
Cena jest dość wysoka, ale biorąc pod uwagę zawartość - warto. Wiem, że pojawiły się głosy, że to w większości miniatury, ale.. zobaczcie ile takie minisy na stronie Sephory kosztują! A pojawiają się w kalendarzu marki jak Marc Jacobs, Too Faced, Beauty Blender, Fenty, Tarte :)
Swój kalendarz w zeszłym roku kupiłam na promocji -15%, nie wchodziło na niego -20%.
Link do kalendarza - > klik 
KOD afi10519 pozwala zrabatować go o 58,35zł czyli wychodzi za 330zł!

Kalendarz NUXE 300zł 



To marka tworząca kosmetyki naturalne, głównie widuję je w aptekach. Najpopularniejszym ich produktem jest chyba olejek, który z resztą też mam i bardzo lubię! Wiem jednak, że mają więcej polecanych kosmetyków, choć nie znam za dobrze asortymentu NUXE. Jeśli macie tak jak ja, że coś wam dzwoni, marka was interesuje, ale jakoś było wam nie po drodze to ten kalendarz będzie świetny do zapoznania się z kosmetykami tej firmy.
Z tego co przejrzałam to większość to uniwersalne produkty jak maseczki, żele do twarzy, żele pod prysznic czy olejki. Są też perfumy, a nawet nie wiedziałam, że mają je w ofercie! Większość pojemności to 10, 15 lub 30g - więc dużo! Jedynie zapachy są małe :)
Znalazłam ten kalendarz na allegro - > klik 

Kalendarz Yves Rocher 219zł



 W tym kalendarzu każdy kosmetyk jest w osobnym pudełeczku, więc z każdym kolejnym dniem widać, jak nam ich ubywa.. co jest fajne! Dodatkowo marka twierdzi, że samo opakowanie kalendarza (czyli te pudełeczka też) są ekologiczne - wykorzystana pochodzi z drzew z lasów prowadzonych w sposób zrównoważony. Również plastik w którym są kosmetyki ma być eko i pochodzić z recyklingu! Moim zdaniem to fajny krok i na pewno powinno być to wywarcie pewnej presji na konkurencji na przyszły rok :)
Sama zawartość bardzo ciekawa, bo kalendarz jest zróżnicowany! Są dwa zapachy, osiem pełnowymiarowych kosmetyków do makijażu, osiem produktów do pielęgnacji ciała (w tym limitki!), cztery kosmetyki do pielęgnacji twarzy i dwa do włosów.
Yves Rocher nie podaje na stronie jakie dokładnie kosmetyki znajdują się w kalendarzu, ale domyślam się, że nie będą to miniatury jak próbki tylko znacznie większe. Cena jest przystępna, wiem też że już był na jakimś rabacie, a w zeszłym roku można go było złapać na jakiejś dużej zniżce w black friday (?).
Link do kalendarza - > klik

Kalendarz Balea ok 100zł 



Kalendarz Balea to duży prostokąt z ładnym, kolorowym nadruczkiem - mi przypomina trochę klasyczne, czekoladowe kalendarze. Ten design sprawia, że wygląda on dość dziecięco :D Zawartość jednak będzie cieszyć i nastolatki, i dorosłe kobiety, bo mamy tutaj pielęgnację ciała, twarzy i włosów. Są to raczej miniatury, ale całkiem spore (np szampon ma 50ml czy żel do twarzy 20ml).
Ja bardzo lubię produkty Balea, szczególnie pielęgnację do ciała! Plus ten kalendarz jest bardzo przystępny cenowo, ja znalazłam go na allegro (moja siostra w zeszłym roku miała ten kalendarz i też kupowała tam) i jest on niedostępny stacjonarnie w Polsce. Oczywiście osoby mające dostęp do DM złapią go stacjonarnie!
 Link do Allegro -> klik

Kalendarz Lookfantastic 380zł 


Piękny kalendarz, wizualnie dopracowany w każdym calu. Te szufladki są po prostu urocze. Jednak wnętrze się liczy, a tu cena wszystkich kosmetyków znajdujących się w środku ma wynosić.. 1800zł! Jest to kalendarz luksusowy i znajdziemy w nim produkty marek takich jak Elemis, Filorga, Eyeko, Caudalie, Morphe.. Sa produkty do makijażu, do pielęgnacji ciała, do pielęgnacji twarzy, akcesoria i bardzo się z tego cieszę, bo kalendarz jest naprawdę różnorodny.
Kalendarz nie należy do tanich, ale można powiedzieć że zawartość się zwraca i to kilkukrotnie :D Link do kalendarza - > klik

 Kalendarz L'Occitane 229zł



Kolejny kalendarz dzięki któremu można całkiem nieźle zapoznać się z marką. Są tutaj minisy do pielęgnacji - ciała, dłoni, twarzy i włosów oraz produkty do kąpieli. Ta francuska marka kojarzy mi się głównie ze świetnymi kremami do rąk i przeglądając zawartość to właśnie ich, w różnych wariantach jest najwięcej. Warto mieć to na uwadze, bo na pewno nie każdy będzie zadwolony z akurat takiego produktu (ja np bardzo rzadko używam kremów do rąk, są mi właściwie zbędne).
Cena kalendarza jest przyjemna biorąc pod uwagę pojemności - kremy do rąk po 10ml, szampon 35ml.. :)
 Link do kalendarza -> klik

Kalendarz Rituals 259zł 


Pomysł na kształt i wygląd tego kalendarza jest genialny! Niby prosta choinka, a od razu wiadomo co to za marka. W tym roku Rituals postawiło na złoty kolor i wygląda to chyba nawet lepiej, niż zeszłoroczna czerwień. W środku znajdują się produkty do pielęgnacji ciała i twarzy, gadżety i cztery świeczki na każdą niedziele. To co jednak wyróżnia ten kalendarz to pojemności produktów - żele czy kremy do ciała mają po 70ml, a mydła do rąk aż 110ml!
Moim zdaniem jest jeden duży minus tego kalendarza... kosmetyki dla mężczyzn. Wiem, że większość ma komu je oddać, jednak ja jako kobieta kupuje taki kalendarz, bo sama chcę potestować nowe produkty, posprawdzać zapachy, a nie by je oddawać, bo nie jestem w stanie ich użyć.. Nie do końca pasuje mi też fakt, że umieszczona jest np szpatułka czy rękawica do peelingu, bo wolałabym jakiś kosmetyk w to miejsce.
Gdyby nie te duże pojemności przy naprawdę przystępnej cenie i ładnym wyglądzie, ten kalendarz nie znalazłby się w tym zestawieniu.
Warto poczekać na -20%, bo wtedy kalendarz będzie kosztował nieco ponad 200zł!
Link do kalendarza - > klik

Kalendarz Clinique 400zł 



Piękny, różowy kalendarz z pudełeczkami pełnymi świetnych produktów. Ja wraz z mamą i siostrą bardzo lubimy produkty tej marki i szczerze nie zdarzyło mi się trafić na bubla. W tym kalendarzu jest przekrój wielu różnych serii, ale z tego co widziałam są to głównie te ich popularniejsze produkty.  Dlatego uważam, że to propozycja zarówno dla osób, które kosmetyki Clinique znają i lubią jak i dla tych, którzy markę chcą poznać lepiej. Ciesze się, że dominuje pielęgnacja, ale w środku znajduje się kilka produktów do makijażu i nawet pędzel.
Pojemności są duże np krem czy żel do twarzy po 30ml :) Cena jest duża, ale biorąc pod uwagę regularne ceny produktów - zdecydowanie się opłaca. Zdradzę wam, że jest w środku np bestsellerowy krem Moisture Surge 72- Hour o pojemności 30ml, a osobno w Sephorze kosztuje on ok 80zł.
Znalazłam go w Sephorze - > klik

Kalendarz handmade z kosmetykami naturalnymi ze sklepu NatiNati 350zł
Największe zaskoczenie kalendarzowe, szczerze nie sądziłam, że coś takiego można znaleźć! Cały kalendarz wypełniony jest produktami naturalnymi, a wśród nich wiele znanych i lubianych marek jak Ecocera, Onlybio, Purobio, Ministerstwo Dobrego Mydła czy Duetus. Ogromny plusem jest fakt, że to są produkty pełnowymiarowe! Oczywiście jest produkt do kąpieli czy maseczka, które będą na raz, ale i tak myślę, że rzadko się spotyka taką zawartość.
Kalendarz robiony jest przez sklep ręcznie, dlatego jest w limitowanych ilościach. Niezwykle to doceniam i na pewno to kolejny element wyróżniający na tle innych marek!
Dla mnie minusem, tak jak przy Rituals jest fakt, że są też produkty dla mężczyzn. Nie jestem pewna czy mój facet będzie zadowolony z nowych kosmetyków :P Jednak na pewno znajdą się drugie połówki czy ojcowie, którzy będą zadowoleni z takich okienek w kalendarzu :)
Kalendarz jest mocno limitowany, a biorąc pod uwagę zawartość i wykonanie cena jest naprawdę dobra i przystępna! Sama zawartość to 670zł, czyli oszczędzamy 300zł.
Link do kalendarza - > klik
 

Gdybym miała wybrać spośród nich jeden - nie mam ulubieńca! Nie wiem jeszcze, czy zdecyduję się na jakikolwiek kalendarz, bo próbuję wyjść z zapasów.. :D Przedstawiłam wam najbardziej opłacalne według mnie propozycje, które nie są nudne i które da się zużyć. Byćmoże zauważyłyście, że nie ma tu ani jednego kalendarza z samą kolorówką. Po prostu uważam, że kilka paletek, cieni i szminek kupionych w tym samym czasie jest nie do zużycia, a często w takich kalendarzach pojawiają się niepopularne kolory jak zielone czy niebieskie cienie, albo bardzo ciemne kolory szminek. Nie ma w tym zestawieniu również kalendarzy, które może i są ciekawe, ale w moim odczuciu nieopłacalne jak np propozycje od The Body Shop :). Szkoda, że marki własne Douglas i Sephora znów się nie popisały w kalendarzach i tworzą je chyba głównie dla dzieci i nastolatków.

Zaznaczam, że to po prostu moje wybory i każdy z tych kalendarzy otwierałabym z przyjemnością! Jeśli na rynku pojawią się kolejne ciekawe propozycje, lista będzie aktualizowana. 

To jak, który z kalendarzy chciałybyście oglądać codziennie przez 24 grudnia na moim stories? Czekam na wasze propozycje w komentarzach i na instagramie<3

Buziaki
Oktawia

Post nie jest przez nikogo sponsorowany, a zawarte linki nie są linkami afiliacyjnymi.
Seria Kali Musli Orientana - warto? Czy naprawdę te kosmetyki łagodzą?

Seria Kali Musli Orientana - warto? Czy naprawdę te kosmetyki łagodzą?

Hej!

Niezależnie czy macie skórę suchą, tłustą, odwodnioną czy zanieczyszczoną.. na pewno każdej z was zdarzają się alergie czy podrażnienia. Mi zdecydowanie za często, bo a to mam czerwoną i rozdrażnioną skórę po maseczce czy peelingu, a to wyskakuje mi na buzi alergia, a to nowy kosmetyk mnie uczuli. I co wtedy? Aloes na mnie nie działa, moja skóra zaognia się wtedy jeszcze bardziej, przy produktach z pantenolem jest lepiej, ale tak naprawdę to zazwyczaj musiałam to przeczekać. Dlatego tak mnie zaskoczyła seria Kali Musli z Orientany, która widocznie łagodzi i to w ekspresowym tempie! Testowałam nie tylko na sobie, ale o tym w dalszej części wpisu.. :)

 


Seria Kali Musli składa się z czterech kosmetyków : krem kuracja na noc, krem na dzień, peeling enzymatyczny i płyn micelarny.  Dedykowana jest cerom wrażliwym i naczyniowym, co w sumie oznacza, że każdy może po nią sięgnąć. Cała seria ma głównie za zadanie uspokoić cerę, zmniejszyć wrażliwość i nadreaktywność.

Płyn micelarny 



Zacznę od najsłabszego produktu z całej czwórki, bo ten płyn mnie w ogóle nie zachwycił. Zmywa ok, ale wcale nie jest tak delikatny jak bym tego chciała. Zdarzało się, że szczypały mnie po nim oczy.. Plus mam wrażenie, że nie jest wydajny, a 150 ml kosztuje aż 45 zł.
Dużo lepiej sprawdził mi się do przemywania buzi niż do samego demakijażu (ale pamiętajcie, że płyny micelarne trzeba zawsze zmywać). Ma fajny skład, jest bezbarwny i bezzapachowy, ale mimo to uważam, że nie warto i do niego nie wrócę.

Skład : Aqua, Propanediol, Caprylyl/Capryl Glucoside, Glycerin, Betaine, Althaea Officinalis Root Extract, Curculigo Orchioides Root Extract, Mannitol, Lecithin, Sodium Lactate, Glyceryl Caprylate, Sodium Cocoyl Glutamate, Biosaccharide Gum-1, Sodium Levulinate, Sodium Anisate, Potassium Sorbate, Sodium PCA, Sodium Benzoate, Sodium Phytate, Sorbic Acid, Alcohol, Citric Acid.

Peeling enzymatyczny 



To dopiero zaskoczenie! Kurczę, do tej pory uważałam, że nie ma peelingu enzymatycznego dla mnie. Słynne 3 enzymy z Tołpy szczypały mnie tak, że nie mogłam wytrzymać, po peeling z Resibo, tak zachwalanym, byłam cały dzień czerwona i piekła mnie skóra.. i powiem szczerze, że przy pierwszym razie po peelingu Kali Musli nie widziałam efektów i też czułam  się zniechęcona. Po jakimś czasie stwierdziłam jednak, że nałożę ciut grubszą warstwę, odmierzę czas i przede wszystkim wymieszam peeling! I tak po 10 minutach doznałam szoku. Skóra była miękka, gładka, odżywiona, i taka.. wręcz lśniąca.  Bez suchych skórek i oczyszczona, po prostu wow.A przy tym nic mnie nie szczypało! Dlaczego więc za pierwszym razem byłam zawiedziona? Peeling jest oleisty na co nie zwróciłam uwagi przy otwieraniu i po prostu.. wyleciał prawie sam olej! To więc z mojej winy i niedoczytania produkt nie zadziałał.


Myślę, że na zdjęciu widać jego olejową konsystencję.  Nie ma się jednak czego obawiać, bo buzia wcale nie jest po tym peelingu oblepiona. Właściwie nie ma żadnej ''warstwy'', bo przy kontakcie z wodą peeling zamienia się w emulsję, która bardzo łatwo się zmywa.
Mogę się jedynie przyczepić do tubki. Jest dość mała i na klik, za co plus, ale ciężko jest połączyć produkt w środku i pierwsze co wycieka trochę oleju, a dopiero później peeling. Niby mi to nie przeszkadza, ale pewnie łatwiej byłoby mi uzyskać jednolitą konsystencję, gdyby tubka była ciut bardziej miękka.
Peeling kosztuje 50zł za 50ml co jest rozsądną ceną. Szczególnie będą z niego zadowolone osoby z cerami bardzo wrażliwymi, które źle reagują na każde pocieranie, oraz te borykające się z aktywnymi zmianami. U siebie zauważyłam, że jak mam skorę kapryśną, wyskakują mi czerwone krosty i zrobię ten peeling to cera znacznie lepiej się regeneruje i wszystko jest od razu mniej widoczne i uspokojone.

Skład: Vitis Vinifera Seed Oil, Glyceryl Stearate, Polyglyceryl-4 Oleate, Jojoba Esters / Helianthus Annuus Seed Wax / Acacia Decurrens Flower Wax / Polyglycerin-3, Mangifera Indica Seed Butter, Aleurites Moluccana Seed Oil, Hydrogenated Rapeseed Oil, Avena Sativa Kernel Flour, Kaolin, Bromelain, Papain, Curculigo Orchioides Root Extract, Dipotassium Glycyrrhizate, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Propanediol, Aqua, Glycerin, Parfum.

Krem na dzień 



To jest kosmetyk do zadań specjalnych! Szok z ilu sytuacji dosłownie ratował mi skórę.. ale może najpierw co nieco o nim opowiem. Na stronie ta wersja opisana jest jako lekki krem, ale nie powiedziałabym, że jest taki leciutki. Po aplikacji czuć ochronną, lekko olejową warstwę - spokojnie jednak przy cerze tłustej mogę wykonywać na nim makijaż i nic nie spływa. Wchłania się szybko, a skóra jest odżywiona, rozświetlona, mięciutka i zregenerowana. Łagodzi wszystko co pojawia się na skórze i opiszę wam trzy zupełnie różne sytuacje gdy się nim ratowałam:
- po upalnym dniu w sukience miałam odparzone uda, niestety. Miejsce czerwone, spuchnięte.. bolało przy chodzeniu, czułam stały dyskomfort. Wpadłam na pomysł posmarowania tego odparzenia kremem i poszłam spać. Rano szok, bo nic już praktycznie nie bolało i zniknęła cała opuchlizna. Spokojnie, bez bólu nałożyłam spodnie.
-moja siostra poparzyła się na buzi preparatem od dermatologa w okolicy ust. Wyglądało to źle, bolało ją przy otwieraniu buzi, schodziła skóra, wszystko czerwone i najgorsze, że nic nie dawało jej ulgi. Nakładała aloes, produkty z pantenolem po opalaniu, no dosłownie nic się nie zmieniało. Zaryzykowalyśmy i nałożyła ten krem, a po kilku godzinach stwierdziła, że już tak nie szczypie. Po kilkukrotnej aplikacji, na drugi dzień była ogromna różnica, którą zauważyłam też ja i mama, a przez dwa dni było tylko gorzej.
- zazwyczaj miałam ultra podrażnioną skórę po goleniu,  cierpię wtedy kilka dni.. ale tu w ramach przeciwdziałania nałożyłam na świeżo ogoloną skórę krem. Nie pojawił się żaden obrzęk ani podrażnienie, nic nie było zaczerwienione. Szok.

Skład:  Aqua, Ribes Nigrum Seed Oil, Oryza Sativa Bran Oil, Isoamyl Laurate, Propanediol, Glycerin, Propanediol Dicaprylate, Squalane, C12-C16 Alcohols, Titanium Dioxide (CI 77891), Cetearyl Alcohol, Palmitic Acid, Tocopherol, Curculigo Orchioides Root Extract, Althaea Officinalis Root Extract, Lycium Barbarum Fruit Extract, Jojoba Esters Helianthus Annuus Seed Wax / Acacia Decurrens Flower Wax / Polyglycerin-3, Hydrogenated Lecithin, Mica, Sodium Stearoyl Glutamate, Xanthan Gum, Helianthus Annuus Seed Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Sodium Phytate, Parfum, Tin Oxide, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Alcohol, Citric Acid.


u góry wersja na dzień, na dole na noc


Tej wersji używam do tych ''trudniejszych przypadków'', gdy potrzebuję dodatkowo tej warstwy ochronnej. Jak widać, sprawdza się nie tylko do twarzy.

Kuracja na noc 



To jest dla mnie nocny plasterek, taka całonocna maska łagodząca. Ma lekką konsystencję, znacznie lżejszą niż wersja na dzień, trochę przypomina emulsję i nie zostawia tej warstwy (choć czuć, że jest krem na buzi!). Ogólne odczucia co do niego mam takie same jak do wersji na dzień, bo również świetnie łagodzi, regeneruje i nawilża. Kuracją ratuję się, gdy np pojawia mi się wysypka i skóra w tym miejscu też się przetłuszcza, bo jest przesuszona.. Dosłownie wszystko goi się w ekstremalnym tempie. Wcześniej, gdy pojawiały mi się krosteczki (wielokrotnie pokazywałam wam to na insta..) to ich znikanie trwało tydzień, a teraz na trzeci dzień nie ma śladu. Tę wersję nakłada też mój facet po goleniu, ponieważ ma bardzo wrażliwą buzię i zawsze mu czerwieni przez to skóra na policzkach. Aplikacja kremu i po chwili wszystko złagodzone, nie piecze i.. dość szybko znika zaczerwienienie. Kuracja pomaga mi też w takich ''codziennych'' rozdrażnieniach, nakładam ją po całym dniu noszenia makijażu, żeby skórę uspokoić.

Skład:  Aqua, Propanediol, Glycerin, Coco-Caprylate/Caprate, Isoamyl Laurate, Butyrospermum Parkii Butter, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate Citrate, Polyglyceryl-4 Cocoate, Cera Alba, Triticum Vulgare Germ Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Cetyl Alcohol, Sucrose Stearate, Sucrose Distearate, Tocopherol, Allantoin, Curculigo Orchioides Root Extract, Chlorella Vulgaris Extract, Biosaccharide Gum-1, Dipotassium Glycyrrhizate, Sodium Hyaluronate, Helianthus Annuus Seed Oil, Glyceryl Caprylate, Sodium Ricinoleate, Sodium Phytate, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Sodium Levulinate, Sodium Anisate, Dehydroacetic Acid, Parfum, Alcohol, Citric Acid.



Gdybym miała je porównać to wersja na dzień jest dla mnie bardziej do zadań specjalnych, do skór które wymagają większego otulenia i uspokojenia, podczas gdy wersja na noc jest dosłownie taką łagodzącą otoczką po cięższym dniu. Oba kremy absolutnie świetne, jestem w nich zakochana i będę kupować kolejne sztuki. Jak widać działają na trzech różnych cerach i łagodzą tak samo pięknie. Plusem są opakowania typu air less z pompką, czyli nic się nie marnuje.
Obie wersje mają po 50ml, są bezbarwne i bezzapachowe i kosztują po 55zł.

Tę serię wyróżnia na pewno brak zapachu, ponieważ większość kosmetyków marki Orientana pachnie naprawdę intensywnie i wielu osobom to przeszkadza. Zostawiam wam link do mapki gdzie można te kosmetyki dostać w waszej miejscowości i okolicy : https://www.orientana.pl/gdzie-kupic/
Dodam jednak, że widziałam je stacjonarnie w Hebe, więc można je zapewne złapać co jakiś czas na promce :D


Który kosmetyk Cię najbardziej zainteresował?
A może coś z tej serii już testowałaś?

Buziaki
 Oktawia 

Dostałam kosmetyki od marki Orientana w paczce PRowej, jednak post nie jest przez nikogo sponsorowany.
Moje ulubione trzy triki na tanią pielęgnację w domu!

Moje ulubione trzy triki na tanią pielęgnację w domu!

 Hej!

Dziś moje trzy przepisy na domowe kosmetyki, które u mnie sprawdzają się znacznie lepiej niż kupione odpowiedniki. Plusem na pewno jest to, że nie musicie przy tych produktach siedzieć, żeby je zrobić - one dosłownie robią się same, wystarczy powrzucać kilka rzeczy. Oprócz tego zużywasz je od razu, nie musisz martwić się, że coś się zepsuje i.. nie produkujesz śmieci! 




Peeling skóry głowy
 Przetestowałam ich kilka i wciąż uważam, że to domowy jest najlepszy! Oprócz tego jego przygotowanie dosłownie nic Cię nie kosztuje, przygotowujesz jedną porcję i nie musisz się obawiać, że się przeterminuje, a Ty nie zdążyłaś go zużyć. Taki peeling skóry głowy wykonuję dość rzadko, bo raz na dwa tygodnie, czasami trzy i naprawdę nie ma co przesadzać - w końcu jest to porządne oczyszczenie skalpu. Dodatkowo poprawia się krążenie, czasami okazuje się że włosy zaczynają szybciej rosnąć i mniej wypadają, bo dzięki oczyszczeniu cebulek w końcu są odblokowane. Często po takim peelingu ustępuje świąd i suche skórki, które wyglądają jak łupież. Ja wykonuję ten zabieg po umyciu włosów, bo łatwiej mi się peeling po prostu rozprowadza.

Moje dwie ulubione wersje domowego peelingu skóry głowy: 
Peeling z cukru i szamponu, najlepiej delikatnego lub odżywki bez silikonów (np Kallos Color) To super proste, bo wystarczy wsypać do miski z 2-3 łyżki zwykłego cukru (najlepiej aby ziarenka były większe) i dodaję szamponu tak, aby było to dość gęste, ale bez problemu przelewało się przez palce. Taką mieszankę robimy bezpośrednio przed umyciem włosów, bo jeśli przygotujemy ją sobie wcześniej cukier się po prostu rozpuści. I to jest też zaleta tego peelingu - nie będzie problemu z wypłukiwaniem! Szczególnie przy włosach gęstych i długi wypłukiwanie pestek jest naprawdę problematyczne.. Oprócz tego, że cukrem złuszczymy to co na skalpie się osadziło (brud, nadbudowane silikony, ale także np lakier do włosów) to włosy będą bardziej odbite od nasady i lekko usztywnione. Po takim peelingu mam też zawsze jeden dzień świeższe włosy.

Druga wersja to dodanie do tej mikstury łyżki glinki, ja używam zielonej lub białej, i to polecam szczególnie przy przetłuszczającej się skórze głowy. Peeling zadziała jak ten wyżej, ale dodatkowo też pochłonie nadmiar sebum i sprawi, że skóra powinna mniej się przetłuszczać.
Jeśli nie wykonujecie peelingu skóry głowy to naprawdę może być przełomowy moment w waszej pielęgnacji skóry głowy. Sama używałam kilku gotowych wersji ( z Natura Siberica czy Biowax), ale jest to droga sprawa, denerwuje się też zawsze, że nie mogę wszystkiego wypłukać i zawsze później znajduje te ziarenka we włosach.. Nie polecam też domowego peelingu z kawy, bo oprócz tego, że dla mnie dosłownie niemożliwe jest wypłukanie wszystkiego to jeszcze może lekko przyciemniać włosy, ale..

bardzo polecam taki peeling do ciała!



Kawowy peeling do ciała: 
 Mam ekspres, więc te fusy z kawy i tak bym wyrzucała. Więc wkładam je sobie do miseczki, dolewam oleju i gotowe - mam tani, zero waste i świetny peeling. Można używać oleju jaki ma się w domu, ja np lubię oliwę albo olej ze słodkich migdałów. Czasami dodaję glinkę czy cukier lub miód (dodatkowe nawilżenie), ale taki podstawowa wersja też jest super! Jeśli chce wam się kombinować to oczywiście można dodać olejki eteryczne, choć jest też pachnąca wersja dla leniwych i nielubiących tłustych peelingów. Po prostu do kawy dodaję trochę żelu pod prysznic, którego aktualnie używam i mam peeling. Konsystencje dopasowujecie pod siebie, tak jak wy lubicie - ja np wolę lekko suche peelingi kawowe. :)


Taki domowy zabieg oprócz tego, że złuszcza martwy naskórek świetnie radzi sobie z cellulitem i poprawia krążenie.  Wiem, że do tej magicznej antycellulitowej mieszanki wiele osób poleca dodać cynamon dla zwiększenia efektów, ale.. to ryzykowne! Cynamon może silnie podrażnić skórę. Niewskazane jest też peelingowanie się kawą w ciąży, gdyż kofeina przedostaję się podczas zabiegu do krwioobiegu.


Maseczka na buzie z glinką: 


Maski z wykorzystaniem glinek są chyba już wszystkim znane! Ja mam w domu dwie glinki : zieloną i białą, używam ich zależnie od potrzeb, a często też mieszam je. Zielona jest tą mocniejszą, sprawdza się w przypadku skór tłustych czy trądzikowych bo absorbuje zanieczyszczenia, łagodzi stany zapalne dzięki swoim właściwościom antybakteryjnym i reguluje pracę gruczołów zostawiając skórę matową. Biała za to jest zdecydowanie delikatniejsza, więc nada się dla skór wrażliwych - oczyszcza, rozjaśnia i wygładza.


 Najczęściej dodaję po prostu wody przefiltrowanej lub przygotowanej i mieszam do uzyskania pożądanej konsystencji. Często dodaję jogurt/ śmietanę jeśli zostanie mi akurat trochę w lodówce, to kolejny z patentów na less waste :D, taka mieszanka dodatkowo łagodzi i nie wyschnie tak szybko. Jeśli chcę dodatkowo odżywić skórę lub nawilżyć dodaję kilka kropli oleju, czasami łyżkę żelu aloesowego czy hialuronowego, zdarza mi się dolać toniku czy hydrolatu. I właśnie dlatego lubię maski z glinki - bo tak naprawdę można nimi oczyszczać buzię i przy okazji działać tak, jak skóra tego potrzebuje i to mając dosłownie jeden proszek w łazience - w dodatku opakowanie glinki jest naprawdę tanie i zależenie od pojemności wystarczy na zazwyczaj kilkanaście użyć! Ja zazwyczaj kupuję je w sklepie ekologicznym, ale aktualnie są dostępne praktycznie w każdej drogerii. Ważne tylko, aby skład to była 100% glinka i jej kolor odpowiadał nazwie (zielona ma być zielona, a biała powinna być biała - nie jakieś brązowawe, wtedy są zazwyczaj słabej jakości). Należy też pamiętać, że glinka na buzi nie może zaschnąć, najlepiej się spsikiwać czymś (nawet wodą) i nie wolno ich rozrabiać w metalowych miskach ani metalowymi sztućcami!

Jestem ciekawa czy też czasami przygotowujecie swoje produkty! Też stawiacie na prostotę czy kombinujecie? 

Buziaki
Oktawia

Pod lupą : maseczki w płachcie Uni Touch

Pod lupą : maseczki w płachcie Uni Touch

Hej!

Ostatnio testuję naprawdę sporo maseczek w płachcie. Wciąż nie zachwycam się tą formą maskowania i uważam, że ma wiele wad, jednak.. to chyba najszybsza opcja odżywienia skóry, a taką maseczkę jestem w stanie zrobić wszędzie, bo nie muszę jej zmywać. Do maseczek w płachcie przekonuje mnie też fakt, że trafiam na coraz lepsze, albo - w końcu na takie, które spełniają moje oczekiwania! 



Tym razem pod lupę biorę trzy, dość ekskluzywne maseczki marki Uni Touch. Każda z nich w Sephorze kosztuje 44 zł, co uważam za naprawdę sporo jak na jednorazowy produkt. Same opakowania zachwycają prostotą, niesamowicie mi się podobają! Wymagania co do masek były więc naprawdę spore, chciałam efektu wow!

UniTouch Caviar Extract Face Mask (klik)



Kawior brzmi ekskluzywnie, ale kojarzy mi się tylko z dobrym jedzeniem. A wiedziałaś, że przeciwdziała starzeniu się skóry? Jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe i witaminy, a dzięki temu wspomaga odnowę komórek i regeneruje uszkodzoną barierę naskórka. Wydaje się więc to idealna propozycja dla cer, które były za mocno przesuszane lub przesadnie oczyszczane. I tę maskę jako pierwszą wzięłam po lupę. 

Pierwsze co mnie zaskoczyło to niesamowicie cieniutki płat! Tak cienki, że przebijała przez niego skóra na tyle, iż widać było moje piegi czy nawet przebarwienia. Z aż tak delikatnym płatem się jeszcze nie spotkałam, przylegała dosłownie idealnie - pewnie nawet gdybym w niej skakała i się schylała to nic by nie spadło. Dobrze, że płachta była zabezpieczona taką siateczką, bo łatwo się dzięki temu ją nakładało. Mimo, że płat był cieniutki to nic się nie porwało, nawet nie naderwało i sam materiał wydawał się być wytrzymały. 

Materiał był naprawdę mocno nasączony, bardzo dużo esencji zostało też w opakowaniu (nie zmarnowała się, zużyłam przez kolejne dni), ale mimo to maska po 15 minutach zaczęła mi przysychać ( a nie może zaschnąć, bo wtedy ''wyciąga'' to co oddała skórze). Po zdjęciu płachty skóra się nie lepiła, nie miałam też potrzeby nakładać nic dodatkowo na noc. Na efekty czekałam do rana i.. buzia była rozświetlona, przez kilka dni lepiej trzymała nawilżenie i uczucie ściągnięcia minęło! Muszę przyznać, że czuć było, że skóra jest jakby gęstsza i nie przesusza się. Mimo fajnych efektów to nie poczułam takiego wow. Myślę jednak, że to dlatego, że mam jednak zadbaną cerę i mocno przykładam się do pielęgnacji. Na cerze, gdzie ta pielęgnacja nie jest rozbudowana, lub nawet nieco jest zaniedbana, myślę, że byłby zachwyt i byłoby widać to działanie!
Według mnie zapach był praktycznie niewyczuwalny. Nie ma tu konserwantów.
Skład : AQUA, PROPYLENE GLYCOL, LACTOBACILLUS FERMENT, BUTYLENE GLYCOL, TREHALOSE, PENTYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, GLYCERIN, HYDROLYZED ROE,GLYCOSAMINOGLYCANS,GLYCOGEN, FUCUS VESICULOSUS EXTRACT, DEXTRIN ,HYDROLYZED HIBISCUS ESCULENTUS EXTRACT, CITRUS AURANTIUM DULCIS FLOWER EXTRACT, SEA WATER EXTRACT, COLLOIDAL PLATINUM, SORBITOL ,YEAST FERMENT EXTRACT, HYDROLYZED COLLAGEN, HYDROXYETHYLCELLULOSE, AVENA SATIVA KERNEL EXTRACT, XANTHAN GUM, SODIUM HYALURONATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CAPRYLYL GLYCOL, GLYCERYL CAPRYLATE, DIPROPYLENE GLYCOL

Uni Touch Jasmine Extract Face Mask (klik)




Jaśmin wspomaga regenerację komórek, pomaga w regeneracji i przywraca skórze blask. Oprócz tego olejek jaśminowy jest jednym z droższych, ponieważ żeby uzyskać 1 gram potrzeba aż 8000 kwiatów jaśminu! To właśnie dzięki niemu oraz dzięki świetlikowi maska ma pomóc szczególnie cerze poszarzałej odzyskać promienny wygląd.
Tu płat był taki sam jak przy wersji kawiorowej i tu też się tym zachwycałam! Na szczęście jednak ta wersja nie wyschła mi na buzi tak szybko i spokojnie trzymałam ją 20 minut, a maska była wciąż dość mokra.

Tę maskę również zrobiłam wieczorem i efekty obserwowałam głównie rano. Buzia była promienna, taka rozświetlona, ujednolicona i.. wyglądała jakoś po prostu lepiej! Mimo, że nie było tu szalonego nawilżenia to czuć było, że ta skóra jest odżywiona. Nie miałam potrzeby nakładać już nic dodatkowo na noc. Zdecydowanie to maseczka dla zmęczonej cery, szarej, takiej która gdzieś straciła blask. To też będzie super opcja przed ważnym wydarzeniem, gdy chcemy wyglądać jak najlepiej ( proszę tylko nie rób jej wtedy pierwszy raz - najpierw sprawdz czy efekt Ci się podoba - bo wszystkie mamy inne cery i oczekiwania - oraz czy Cię nie uczula!). Tutaj już efekt mi się naprawdę bardzo podobał! Szkoda, że zapach jaśminu był delikatnie wyczuwalny. Choć wolę tak, niż miałabym nie wysiedzieć w maseczce ze względu na zbyt intensywny aromat.
Skład : AQUA, PROPYLENE GLYCOL, BUTYLENE GLYCOL, LACTOBACILLUS FERMENT, TREHALOSE, PENTYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, EUPHRASIA OFFICINALIS EXTRACT, YEAST FERMENT EXTRACT, SEA WATER EXTRACT, HYDROXYETHYLCELLULOSE, AVENA SATIVA KERNEL EXTRACT, XANTHAN GUM, SODIUM HYALURONATE, JASMINUM SAMBAC FLOWER EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CAPRYLYL GLYCOL, GLYCERYL CAPRYLATE, DIPROPYLENE GLYCOL


Uni Touch Orchids Extract 3D Face Mask (klik)

 


Ta wersja wygląda moim zdaniem najbardziej luksusowo! Nawiązuje też do korzeni, ponieważ marka pochodzi z Tajwanu, który słynie z orchidei. W maseczce jest wyciąg z orchidei pozyskany w profesjonalny sposób tak, żeby wyciągnąć z kwiatu jak najwięcej, ale oprócz tego jest baobab czy niesamowicie poszukiwane ostatnio w kosmetykach - ceramidy, które między innymi wspomagają regenerację komórek.  A do tego czarne, przepiękne opakowanie i ta obietnica 3d na opakowaniu - co to w ogóle jest? Otwieram, a tu szok.. Bo płachtę zaciąga się za ucho i obejmuje również podbródek. Trochę przez to ściąga, ale po zdjęciu nie czułam żadnego dyskomfortu za uszami.Tu płat już nie był tak piękny, bo zdecydowanie był grubszy i miał odstające szycie na środku. Przylegał jednak bardzo fajnie, był najmniej, ale wystarczająco, nasączony, ale esencja nie kapała. Co mnie też zaskoczyło to fakt, że esencja była dość gęsta i taka jakby.. mleczna. Bałam się, że przez to będę się lepić jak szalona, jednak na szczęście nic takiego nie miało miejsca.

Buzia była od razu po zdjęciu widocznie zliftingowana. Owal pociągnięty do góry, do tego cera rozświetlona i promienna, gęsta, odżywiona i nawodniona. Dosłownie wszystko, czego można oczekiwać od takiej maseczki, ale.. myślę, że najlepiej sprawdzi się właśnie na cerze, jakiej jest dedykowana. Dojrzałej. Bo choć widziałam świetny efekt to wiem, że na mojej cerze po prostu maska nie miała jak się wykazać. :D
Rano buzia wciąż była naciągnięta, rozświetlona i sprężysta, ale jednak najlepsze efekty było widać bezpośrednio po zdjęciu płachty. To idealna maska bankietowa, przed dużym wydarzeniem. To właśnie efekty po tej maseczce podobały mi się najbardziej.
Skład :  AQUA, PROPYLENE GLYCOL, LACTOBACILLUS FERMENT, BUTYLENE GLYCOL, TREHALOSE, CAMELLIA OLEIFERA SEED OIL, PENTYLENE GLYCOL, HYDROXYETHYL ACRYLATE/SODIUM ACRYLOYLDIMETHYL TAURATE COPOLYMER, GLYCERINE, AVENA SATIVA KERNEL EXTRACT, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, TOCOPHERYL ACETATE, SEA WATER EXTRACT, HYDROLYZED ADANSONIA DIGITATA EXTRACT, CERAMIDE 3, PEG-7 GLYCERYL COCOATE, PHALAENOPSIS AMABILIS EXTRACT, SODIUM HYALURONATE, MAGNOLIA LILIFLORA FLOWER EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CAPRYLYL GLYCOL, GLYCERYL CAPRYLATE, DIPROPYLENE GLYCOL


Czy warto się skusić? Tak, ale raczej przy cerach bardziej dojrzałych lub wymagających. To zdecydowanie wysokiej jakości produkty, ale też mają w związku z tym wysoką cenę. 
Jestem ciekawa czego wy szukacie najczęściej w maskach w płachcie? Ja zdecydowanie odżywienia, rozświetlenia i nawilżenia właśnie! 

Buziaki
Oktawia
Prezent marzeń - dzień w Spa!

Prezent marzeń - dzień w Spa!

Hej!

Ile to razy przy jakiejkolwiek okazji zastanawiałaś się co można jeszcze danej osobie podarować? Portfel już dawno kupiłaś, tak samo pasek, kosmetyki czy perfumy.. No i ile można wręczać tych samych prezentów? Z pomocą przychodzi tu prezent marzeń! Ja stronę znałam już dawno, odwiedzałam kilkukrotnie i zawsze podobała mi się ta idea. Ciekawa jak to działa?

 


Prezent marzeń znajdziecie na stronie internetowej (klik), ale też w wielu miastach mają punkty stacjonarne w galeriach. Ja wielokrotnie przyglądałam się ofercie w jednej z galerii w Szczecinie, ale z tego co widzę niestety wyspa została zlikwidowana. Wracając jednak do tematu - na portalu znajdziecie wiele kategorii : od urody, przez kulinaria i na ekstremalnych atrakcjach kończąc. Na pewno więc spokojnie znajdzie się coś dla każdego, a dodatkowo można wszystkie atrakcje przefiltrować przez te dla niej i dla niego oraz wpisując miasto lub okolicę w której prezent miałby być zrealizowany.


Do mnie voucher trafił pięknie zapakowany. Torba, w niej metalowe, porządne pudełko, a w środku składane na trzy zaproszenie. Wszystko jasne, przejrzyste, zawiera wszelkie informacje o tym co i gdzie oraz jak się przygotować. Podoba mi się też to, że jest podany czas do kiedy voucher jest ważny!


Mam pewne doświadczenie z różnymi voucherami, bo często wybieram wszelkie masaże i zabiegi dla mamy. I ten naprawdę był piękny, estetyczny, a Pani w recepcji, gdy szłam go zrealizować były zachwycone, gdy go wyciągnęłam! To metalowe pudełko i przejrzyste zaproszenie naprawdę robi robotę.


Co do usługi - wybrałam pakiet, który obejmował klasyczny masaż całego ciała i ekspresowy zabieg na twarz. Wszystko odbyło się w Baltica Wellness&Spa w Szczecinie.



To był mój pierwszy zabieg na ciało ever. Nigdy nie byłam masowana, pewnie nie zdecydowałam się też nigdy wcześniej na taką usługę, ponieważ taki dotyk obcej osoby jest dla mnie dość niekomfortowy. Jednak pani sprawiła, że czułam się w gabinecie naprawdę swobodnie. Ba! Po pięciu minutach czułam się tak komfortowo, że naprawdę się zrelaksowałam i.. sam masaż mi się bardzo podobał! Na pewno teraz chętnie zdecyduję się na tego typu usługę ponownie.


Następnie wykonywany miałam zabieg ekspresowy na twarz. Do wyboru miałam masaż twarzy na kremie lub peeling enzymatyczny z wybraną maską. Zdecydowałam się na drugą opcję, z maską nawilżającą. Wszystko odbyło się profesjonalnie, Pani pytała o wszelkie uczulenia, doradziła, naprawdę czułam się zrelaksowana w gabinecie! Ostatecznie efekt też mi się podoba, bo buzia faktycznie dostała zastrzyk nawilżenia, nie jest przy tym obciążona i nic mi nie wyskoczyło.


Jestem zadowolona i z wybranej usługi i ogólnie z prezentu! Warto sobie przejrzeć ofertę, może chociażby się zainspirujecie co do prezentu :)

Post powstał dzięki zaproszeniu na zabieg od prezent marzeń :)

Buziaki
Oktawia
Pod lupą : produkty do pielęgnacji twarzy Tołpa; żel micelarny, peeling 3 enzymy i maska czarny detox

Pod lupą : produkty do pielęgnacji twarzy Tołpa; żel micelarny, peeling 3 enzymy i maska czarny detox

Hej!

Markę Tołpa odkrywam od jakiegoś czasu - jest łatwo dostępna, przystępna cenowo i u mnie większość ich produktów się sprawdza. Nie mają składów idealnych, nie są to kosmetyki naturalne, ale dla mnie jest ok ;) Dziś przedstawię trzy produkty, których używam od dobrych kilku miesięcy i które narobiły trochę szumu w internecie. Przywiozłam je ze sobą z Warszawy, z konferencji Meet Beauty!

 


Żel micelarny do mycia twarzy i oczu z serii green oils z olejem z lnu


Ja naprawdę lubię ich żele do twarzy i to mój drugi micelarny od nich. Jednak pierwsza myśl dotyczyła tego oleju lnianego - czy żel przez to nie będzie zostawiał powłoki? tym bardziej, że jest on dedykowany raczej skórze suchej i normalnej. Na szczęście żel okazał się być naprawdę delikatny i domywa się go bez żadnych problemów.
Opakowanie to taki standard, tubka z zamknięciem na klik. Ogółem zazwyczaj na nie nie narzekam, ale tutaj się ono totalnie nie sprawdziło.. Żel jest niesamowicie rzadki i po prostu wylewa się przez dziurkę w nadmiarze. Zdarzało się, że wyleciało mi z pięć razy tyle produktu, ile normalnie bym użyła do umycia twarzy, ale.. co miałam z tym zrobić? Przecież nie włożę tego do środka. Znacznie lepszą opcją byłaby tu pompka - produkt nie wydostawałby się w nadmiarze i dłużej mogłabym się z niego cieszyć.
Wracając jednak do samego żelu - jest on naprawdę delikatny! Spokojnie mogę nim myć nawet oczy, nigdy nie pojawiło się żadne podrażnienie, pieczenie.. ale ma to też swoje minusy. Zdarzało się, że produkt oczyszczał wręcz zbyt delikatnie i czegoś nie domył. Dlatego według mnie to kosmetyk raczej faktycznie do cery wrażliwej/suchej lub do porannej pielęgnacji.
Mimo wszystko naprawdę się lubimy. Nie używam tego żelu po noszeniu mocnego makijażu, ale rano naprawdę super odświeża bez ściągnięcia, a skóra nie wyświeca mi się zbyt mocno w ciągu dnia. To na pewno świetna opcja dla osób, które czują ściągnięcie czy przesuszenie po każdym produkcie myjącym. :)

Peeling trzy enzymy


Mam wrażenie, że już wszyscy go używali i jestem ostatnią osobą, która o nim pisze. Zużyłam tę tubkę praktycznie do końca (zostało mi może na 3 aplikacje) i dopiero teraz czuję, że dobrze wiem co o peelingu sądzę.
Opakowanie, nie będę się oszukiwać, jest piękne i praktyczne! Najpierw kartonik, który chroni aluminiową tubkę przed gnieceniem czy otwieraniem jej w drogerii. Są na nim hasła, zalecenia, skład.. a wszystko utrzymane w spójnej koncepcji owocowej :D Tubka jest naprawdę super i tak jak myślałam, bardzo mi się spodobała ta forma opakowania. Jeśli dobrze produkt wyciskamy (czyli od góry) jesteśmy w stanie zużyć naprawdę cały. Do tego ja wyciskam po trochę, nakładam i gdzie brakuje aplikuję ponownie - dzięki temu używam dokładnie tyle, ile potrzebuję.
Nakładam grubszą warstwę, tak jak zaleca producent i trzymam 10 minut. Gdy nałożę peeling jak krem mam wrażenie, że nic nie robi. Ważnym krokiem jest też po tych 10 minutach (nie warto skracać tego czasu, ani zbytnio przedłużać - za krótko nie działa, a za długo może podrażniać) masaż, a nie bezmyślne zmycie. To naprawdę robi różnicę i dopiero po zastosowaniu tych trzech kroków czuję, że potencjał peelingu jest wykorzystany.
Peeling przypomina mi konsystencją maść, nie ma jednak żadnego problemu z jego aplikacją. Pachnie tropikalnymi owocami, co zdecydowanie umila te 10 minut. Nie jest to jednak intensywny zapach i myślę, że nawet wrażliwe nosy nie mają się czego bać.

u góry peeling, na dole maska
Na początku byłam średnio zadowolona z tego produktu.. Niby widziałam efekt, ale nie zadowalał mnie. Odkąd jednak stosuję się do zaleceń producenta stwierdziłam, że naprawdę widzę różnice! Niedoskonałości, które są lub się budują, na drugi dzień znikają lub stają się znacznie mniej widoczne. Pory są zwężone, a wydzielanie sebum się ogranicza jednak bez przesuszenia. Skóra ogółem wygląda na gładszą, jest miękka i promienna! Przy regularnym stosowaniu zauważyłam (dwa razy w tygodniu), że mam znacznie mniej zaskórników. Czy to jednak oznacza, że jest to peeling idealny? Dla mnie nie do końca.. Pomimo tej gładkiej i pięknej cery zdarzają się skórki z którymi produkt nie daje sobie u mnie rady. Skóra jest więc oczyszczona, ale poziom speelingowania nie do końca mnie satysfakcjonuje. Do tego nie zawsze, ale z czasem co raz częściej, przy stosowaniu peelingu szczypie mnie skóra - czasami jest to lekkie, normalne dla enzymów pieczenie, ale czasami muszę go szybciej zmywać.. Nie wiem od czego to zależy.
Peeling oparty jest na enzymach, o oznacza że nie ma żadnych drobinek. W składzie nie znajdziemy też kwasów. Producent dedykuje ten produkt skórze wrażliwej, mieszanej, tłustej i trądzikowej i .. moim zdaniem każda cera może być z niego zadowolona. Mimo, że u mnie pojawia się pieczenie może się okazać, że nawet przy bardzo wrażliwej cerze nic się nie zadzieje - to kwestia bardzo indywidualna, choć lekkie pieczenie jest tutaj normalne - tak działają enzymy :)
Tubka ma 40ml i kosztuje ponad 30zł. Uważam, że to kosmetyk wydajny i wart przetestowania szczególnie, jeśli nie służą wam peelingi z drobinkami.

Maska czarny detox 


Maski oczyszczające to zdecydowanie moje ulubione, to je najczęściej kupuje i najczęściej po nie sięgam. Przerobiłam ich naprawdę sporo i wiem, czego w nich szukam dla swojej skóry. Najbardziej lubię maseczki oparte na glinkach, choć po samą czystą glinkę sięgam raczej rzadko - nie chce mi sie jej nigdy rozrabiać.. :D w masce czarny detox jest glinka biała, która jest łagodniejsza niż np bardzo popularna zielona. Oprócz tego jest borowina, bardzo modny węgiel i cynk.
Aluminiowa tubka nie jest tu już tak świetnym rozwiązaniem jak w przypadku peelingu. Maska jest jednak gęstsza, potrzebuję jej więcej i naprawdę muszę jej wycisnąć sporo, a przez ten dziubek wychodzi wąska strużka. Niemniej jednak tubka spisze się w podróży, bo zmieści się do każdej kosmetyczki. Bardzo podoba mi się design opakowania, proste z fajnym, roślinnym akcentem.
Maska zdecydowanie nie jest czarna, ma raczej stalowy kolor (jest na zdjeciu pokazana z peelingiem) i to był dla mnie szok przy pierwszej aplikacji :D Zapach ma obłędny, jakby kwiatowy, roślinny.. jest on dość intensywny, więc wrażliwsi mogą narzekać. :)


Konsystencja maski jest super, bo mimo iż jest dość gęsta rozprowadza się bez większego problemu. Zostawiam ją zazwyczaj na te 10 minut według zaleceń producenta, ona podsycha i mimo to wciąż nie ma problemów ze zmywaniem - nie rozmazuje się po całej twarzy tylko ładnie schodzi :)
Maska faktycznie oczyszcza, pory są ściągnięte, niedoskonałości szybciej się goją i buzia ogółem wygląda lepiej. Cera jest promienna, nieściągnięta i matowa. Jednak to oczyszczenie jest dla mnie za słabe.. Niby widzę różnicę, jest lepiej, ale bez jakiegoś wow. Używam więc jej doraźnie, a gdy widzę, że skóra potrzebuje porządnego oczyszczenia sięgam po inne produkty. Myślę jednak, że będzie to świetny produkt dla nastolatek, które zaczynają dopiero z oczyszczaniem i nie mają takich problemów ze skórą. Również cery mocno wrażliwe powinny być zadowolone, bo maska jest faktycznie łagodna, szczególnie jak na produkt oczyszczający.
Nie jest to kosmetyk szalenie wydajny, a przy tym cena jest wysoka - ponad 30zł. Ja raczej do tej maski nie wrócę, bo znam inne, lepsze i wolę mocniejsze oczyszczanie.

Każdy z tych kosmetyków ma wady. Nie są one do końca ''dla mnie'', szczególnie jeśli chodzi o peeling i maskę, bo po prostu ja szukam czegoś innego. Zdaję sobie jednak sprawę, że te produkty naprawdę na wielu skórach się sprawdzają! Jestem ciekawa czy ty je znasz. A może na coś się skusisz? :)

Buziaki
Oktawia
Copyright © 2016 Kosmetykowy Zawrot Glowy , Blogger